Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Dwa koncerty

Tak, byłem na dwóch. W odstępie kilku dni. Bardzo różne. Oba bardzo interesujące. Ale po kolei.
Paula i Karol
Rozwój tego duetu obserwuję właściwie od początku. Od momentu, gdy dwójka młodych amatorów postanowiła popisać sobie (po angielsku) teksty i skomponować (tu chciałoby się napisać - po polsku) muzykę. I to nie dlatego, że śledzę rynek muzyczny, bo takich młodych są setki, a ja nie mam o nich pojęcia. Po prostu Karol jest synem naszego przyjaciela. Pracowaliśmy z nim (to znaczy z ojcem Karola), słuchaliśmy (to już Paulę i Karola) na okrągłych uroczystych urodzinach Karolowego ojca.
Jak było? Tak sobie. Wykonawcy weseli (bo musieli), zadowoleni z życia (bo jak inaczej występować), próbujący porozumienia z liczną publicznością. A więc profesjonalizm. Na pewno tak. A publiczność? Dziwna. Drące się i biegające na wolnych powierzchniach dzieci (jest wolność, niech się drą i przekrzykują wykonawców (nagłośnienie było dobre!). Drący się i niebiegający dorośli (jest wolność, dlaczego nie próbować przekrzyczeć wykonawców). Wszyscy zadowoleni. Paula i Karol śpiewają (całkiem nieźle), ludzie ich przekrzykują. Jakieś drobne szaleństwo. Ale to ponoć zawsze tak jest. Choć nie wiem, czy nie należy na te dzieci rzucać wielkich sieci i jak rybki wynosić do jakichś pomieszczeń, gdzie będą mogły krzyczeć do woli. Co zrobić z dorosłymi - nie wiem.
Magda Umer
Umer wyrosła na jedną z lepszych i ważniejszych dam polskiej piosenki. Mówi: - Mam 69 lat. - I jak świetnie śpiewa! Wydaje mi się, że w tym wieku śpiewa lepiej niż trzydzieści lat wcześniej. Śpiewa piosenki znane. I czasem znane mniej. Utrzymuje świetny kontakt z publicznością, która w skupieniu słucha i opowieści z życia wykonawczyni, i słucha wykonywanych przez nią piosenek. To skupienie zdumiewa. Ludzie chłoną każde słowo pani Magdy. Drobne, czasem wesołe, czasem smutne wydarzenia, o których mówi piosenkarka, duża część widowni zna. Pojawiały się na jej koncertach w minionych latach. Ale jak to ładnie opowiada! Jak miło się tego słucha! i jak miło słucha się piosenek w jej wykonaniu. Bo nadal można się wzruszyć przy “Groszku” i wtedy, gdy słyszymy: “Dobranoc, Ojczyzno…”. Tak, piękny wieczór pięknych wspomnień. Miło.

Ważne rocznice

Sto lat temu miały miejsce dwa bardzo ważne wydarzenia. Jeden z nich dotyczył wszystkich nas, którzy mieszkali na polskich ziemiach – po 123 latach odrodziła się wolna Ojczyzna - Polska, którą nazywamy także II Rzeczpospolitą. Drugie wydarzenie dotyczyło tylko części polskiego społeczeństwa, szczególnie młodszej jego części – organizacje skautowe/harcerskie, które powstały na terenach wszystkich trzech zaborów, postanowiły się połączyć w jeden Związek Harcerstwa Polskiego.
I od tego czasu losy Polski i naszej organizacji są ze sobą ściśle powiązane. Harcerki i harcerze są wszędzie tam, gdzie Polska tego potrzebuje. Biorą udział w walce z bolszewikami w roku 1920, wychowują pokolenia młodzieży w dwudziestoleciu międzywojennym, i to jak wychowują! Walczą z hitlerowcami, odbudowują Polskę po tragedii II wojny światowej, cierpią z całym społeczeństwem w okresie stalinizmu, są sojusznikiem szkoły w Polsce Ludowej i współcześnie zanim jeszcze Polska weszła do Unii Europejskiej - weszli do wielkiej rodziny skautowej.
My, harcerki i harcerze odzwierciedlamy wszystko to, co dobrego i co złego działo się w naszym społeczeństwie i z naszym społeczeństwem.
A historia jest nauczycielką życia. Dlatego tak często i tak dużo mówię i piszę o tym, że trzeba znać historię Polski i historię ZHP. Dużo wiedzieć o tych, którzy Polskę budowali i którzy za Polskę oddawali życie. Wzorować się na nich, być takimi, jak oni. Bo jak inaczej być harcerzem?
Dla naszych poprzedników ważne były słowa: patriotyzm, służba, braterstwo. I cechy te są nadal dla nas ważne. Pamiętajmy o tym, gdy mówimy o ostatnich stu latach Rzeczpospolitej Polskiej i Związku Harcerstwa Polskiego. Bo przed nami kolejne lata. I oby były to lata sukcesów – naszej Ojczyzny i naszego ZHP.

O druhu Stefanie

Zmarł druh Stefan. I tego faktu nic nie zmieni. Żegnamy go bardzo uroczyście. Otrzymuję sygnały z całej Polski, że był on instruktorem cenionym, znanym i zasmucił dziesiątki instruktorów. Druh Stefan był człowiekiem solidnym, rzeczowym, niezwykle konkretnym. Ale czy zawsze?
Ach, te dziewczyny
Te dziewczyny, nasze młode instruktorki (no, nie wszystkie) wpatrywały się w druha Stefana jak w bóstwo. Zawsze mnie to dziwiło, co one w nim widzą. Taki ostry nieduży facet. Fakt, w tamtych latach bardzo przystojny. Ale te cielęce oczy wpatrzone w stronę gabinetu w Aninie to coś przedziwnego. O ile byłyby krótsze mityczne już dziś kolejki we wtorki i piątki do druha komendanta, o ile by były krótsze, gdyby nie druhny, które miały tak wiele spraw do załatwienia z komendantem.
Ach, te kolejki
Tak, kolejek nie dało się uniknąć. Przecież komendant kierował hufcem, całym hufcem, który w pewnym momencie liczył 10 tysięcy członków. Myśmy mu tylko pomagali. Ale każdą decyzję, niezależnie od tego, czy dotyczyła całego hufca, czy problemów kadry w szczepie, podejmował osobiście. Wiedział wszystko i pamiętał wszystko. Jak on to robił? Bo przecież nie miał komputera, gdzie mógłby zapisywać różnorodne dane. Nie da się ukryć, że do końca życia zachował znakomitą pamięć. Taki był pięćdziesiąt lat temu, taki był w ostatnich miesiącach.
Ach, te uczucia
Ale czasami druh Stefan mnie zadziwiał. W latach młodości wracałem z druhem komendantem do Warszawy jednym z jego pierwszych samochodów (wcześniej jeździł na motocyklu). Wracała ze mną też pewna druhna. Siedziała ona na przednim siedzeniu. I cóż ja widzę? Ręka druha komendanta spoczywa na kolanie druhny. Nie powiem, byłem zazdrosny, ta druhna podobała się nie tylko komendantowi, ale i mnie. Uczucie komendanta było chyba jednak dość platoniczne, wszak bacznie patrzyła na swojego męża druhna Cytryna.
Ach, te zdjęcia
Naszemu komendantowi często robiono zdjęcia. I (to już był wiek XXI) w jednym z popularnych tygodników ukazała się opowieść o gwałcicielu małoletnich dziewczynek. Opowieść ta była ilustrowana zdjęciem… druha Stefana. Fakt, z zasłoniętymi oczami. Ale w mundurze instruktorskim, z krajką - druh Stefan był rozpoznawalny. Poszliśmy we dwóch do redakcji, porozmawialiśmy. Jaką sumę odszkodowania otrzymał druh Stefan za swe zdjęcie - nie wiem. Ale był usatysfakcjonowany.
Ach, te pieniądze
Drugi raz zasłużyłem się druhowi Stefanowi, gdy jako radny Warszawy wystąpiłem o przyznanie mu nagrody miasta stołecznego Warszawy. Uważałem, że komu jak komu, ale jemu taka nagroda się należy. Rada Warszawy głosowała “za” i druh Stefan poza dyplomem otrzymał jeszcze 10 tysięcy gotówki. To była taka moja mała satysfakcja - w ten sposób ja uhonorowałem naszego komendanta.
Ach, te wspomnienia
Nie będzie tu opowieści o sprawach przykrych, których nie da się zapomnieć. Niech sobie przysychają, o niektórych kiedyś pisałem. Ale wracać będę do nich jak najrzadziej. Było, minęło.

Druh Stefan

Tak, to koniec pewnej epoki. Odejście druha Stefana do lepszego ze światów zamyka długi etap istnienia, funkcjonowania, działania Hufca Praga-Południe. Oczywiście pierwszym, jakby zwrotnym momentem było przekazanie władzy w hufcu Andrzejkowi. To prawda. Ale wśród nas ciągle była wyczuwalna obecność druha Stefana. Był czynnym instruktorem ZHP. Popularność naszego komendanta, fakt, że dziś honorowego, widać było to niedawnej uroczystości rocznicowej, gdy wszyscy życzyli mu 100 lat życia. Niestety, nasze życzenia nie spełniły się.
W którym roku poznałem druha Stefana? Może w 1957, nie pamiętam, ale na pewno w 1958, gdy pojechałem na prowadzone przez niego zgrupowanie w Kolibkach koło Sopotu. Ja - szeregowy harcerz, on - nasz komendant. Ja w “133″, on - szef Hufca Saska Kępa. Na jego ręce składałem tam 22 lipca Przyrzeczenie Harcerskie. Ile lat temu? No tak, sześćdziesiąt. Przez te sześćdziesiąt lat działaliśmy razem. Raz bliżej, raz dalej. Ale zawsze w jednym hufcu. Przez krótki czas byłem nawet jego zastępcą, byłem namiestnikiem starszoharcerskim, byłem szczepowym. Blisko, bardzo blisko. Redagowałem niektóre książki przez niego napisane. Ta najbardziej osobista, wspomnieniowa, podobała mi się. Inne po prostu były potrzebne.
O naszych relacjach od pewnego czasu mówi się “szorstka przyjaźń”? Tak, była ona bardzo szorstka. Lecz o tych relacjach może napiszę w innym czasie.
Rzadko się widzi człowieka tak zaangażowanego w pracę organizacji. Przez te sześćdziesiąt lat (z krótką przerwą związaną z problemami osobistymi), jakie pamiętam, druh Stefan żył harcerstwem i dla harcerstwa. Takich ludzi już nie ma. Może działo się tak dlatego, że nie miał własnych dzieci? Że tymi dziećmi (czasem mało dopieszczanymi) byliśmy my wszyscy? Setki i tysiące wychowanków. Ogromny życiowy sukces. Tych harcerskich sukcesów (ale także zawodowych) miał wiele. Żartowaliśmy sobie z “Zuchmistrza”, że taki staroświecki, mało nowoczesny. Ale był on wykorzystywany w bardzo wielu gromadach w całej Polsce. Czy to nie sukces? Ocypel… O nim można pisać długie opowieści. Krąg “Romanosów”. Czy to nie ogromne sukcesy? I tak dalej, i tak dalej.
Druh Stefan, nawet gdy nie był instruktorem czynnie włączającym się w pracę hufca, był cały czas z nami, był swoistym punktem odniesienia. Patrzył na nas krytycznie. I był nam potrzebny.
Nieco niespodziewanie nas opuścił. Nie wytrzymało serce. Żal.

Kolorowa organizacja?

Muszę przyznać, że tego nie rozumiem. ZHP jest od pewnego czasu atakowany za… bycie organizacją, w której przestrzega się Prawa Harcerskiego, w której za brata uważa się każdego innego harcerza, atakowany za to, iż jest związkiem… tolerancyjnym. Za bycie organizacją otwartą i skupiającą także osoby, które mogą chcieć (upraszczając) brać udział w paradach wolności.
Rzecz w tym, że jakaś mało znana, czyli także mało znacząca organizacji, “wykryła”. iż w ZHP promuje się homoseksualizm i wszelkie “zboczenia” z tym związane. Że jest tęczową organizacją. Czytelnikom niniejszego tekstu zwracam uwagę na cudzysłowy, bo jeszcze ktoś chciałby poprzednie zdanie przeczytać wprost. Organizacja ta apeluje do nas, byśmy wrócili na właściwą skautową drogę cnoty. Rozumiem, że ktoś niezwiązany z harcerstwem ma jakąś wizję naszych postaw, zachowań, zasad. Kto to jest? Dlaczego tak się nami interesuje? Chce nas zmienić? Nie wiem i nawet za bardzo wiedzieć nie muszę. Ktoś swoimi buciorami wchodzi do mojego domu i głośno krzyczy: - U was obrazek na ścianie wisi krzywo, natychmiast go poprawcie! - Ba, zaczyna wysyłać do mojej rodziny i znajomych listy w tej sprawie. Wywierać nacisk na pojedyncze osoby… Pokazuje, że inne organizacje harcerskie są lepsze.
Być może jacyś instruktorzy w jakimś środowisku napisali i opublikowani niefortunne sformułowanie dotyczące tolerancji. Po pierwsze być może, po drugie nie reprezentują oni całej organizacji. Być może zaproszenie Roberta Biedronia, człowieka bardzo w Polsce popularnego, na spotkanie na zlocie w Gdańsku było niefortunne. Po pierwsze być może, a po drugie jeżeli nie mamy zapraszać takich ludzi jak Biedroń, to kogo? Grupka naszych instruktorów brała udział w warszawskiej Paradzie Równości. I dobrze. Bo dlaczego nie?
Tak na marginesie, gdybyśmy mieli w ZHP zapraszać i nie zapraszać osób w zależności od opinii wypowiadanych przez ludzi z jakiejś organizacji “protestującej”, to być może nie powinno być u nas Prezydenta, Premiera, a może zespołów szantowych?
Ktoś nas nie lubi. Jest homofobem. Znalazł sobie temat i chce nam szkodzić. Po co? Dlaczego? Czy tylko, by na tym proteście zarobić (bo organizuje przy okazji zrzutkę pieniędzy na prowadzenie owych protestów)? I zagajmy sobie banalne pytanie: - Kto za tym stoi? - Nie wiem i wiedzieć nie chcę. Cóż, przyszło nam bronić poglądu, że białe jest białe a czarne jest czarne. Czy ten pogląd w naszym społeczeństwie jest do obronienia?

Next Page »