Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (16) Kultura (233) Polityka (37) Szkoła (69) Varia (105)

Na plaży

Na plaży fajnie jest… I u nas jakoś inaczej, niż w tych miejscach, które są opisywane tego lata przez dziennikarzy. Może dlatego, że nasza plaża nie jest całkiem dzika, ale nie jest też zajęta przez setki rodzin zajmujących swoje “forty”, “zagrody” i inne oznaczone terytoria. Jedna rodzina piętnaście metrów od nas na wschód, druga dwadzieścia na zachód. Jakieś dzieci w oddali moczą nogi w morzu. Naprawdę na plaży fajnie jest.
Aby dojść do namiotu, w którym grupką młodych mężczyzn sprzedaje produkty różne, trzeba przejść wzdłuż brzegu pół kilometra. W namiocie króluje piwo, ale mnie interesuje kawa. Długo zastanawiam się, dlaczego za odrobinę niesmacznego brązowego płynu, podawanego w papierowym kubku, muszę zapłacić osiem złotych. Espresso z widokiem na morze musi kosztować. Ale drogo i niesmacznie? Nie, to mi się nie podoba.
Na szczęście w tym roku wybudowano koło plaży kawiarnię. Kawa w różnych odmianach, świetne herbaty, lody, ciastka, rurki z kremem i gofry… Jest z czego wybierać. I wszystko podawane w normalnych naczyniach. I na normalnych talerzykach. Zarobił na mnie właściciel tego obiektu, oj zarobił.
Obok dwie ogromne smażalnie z rybami, ale także mnóstwem innych dań. Różnica między nimi jest jedna - w “Wielorybku” je się nożem i widelcem, u sąsiadów - sztućcami plastikowymi. Obie pełne. Bo dostać tam można nie tylko ryby w różnej postaci, ale wyciskane soki, gofry, kebab, kotlety schabowe i karkowkę, pierogi i kawę. Dla wszystkich coś dobrego. Nie ma tylko ciast pieczonych w domu (co dla mnie jest ważne), ale cóż, nie można mieć na plaży wszystkiego.
Jest sklepik z pamiątkami, buda z zapiekankami, stoisko z różnościami dla dzieci, pojawiają się stoliki, gdzie dziewczynkom zaplątani są kolorowe warkoczyki a wszystkim chętnym tatuaże z henny. Jest jak wszędzie, tylko w granicach rozsądku, nie za dużo tych okropnych bud i budek.
Na plaży w Kątach Rybackich będę bywał częściej. Dlatego donosy z tego kątka świata ukazywać się będą w moich tekstach częściej. Na razie, gdy będę chciał zobaczyć, co się tam dzieje, skorzystam z możliwości spojrzenia na plażę okiem kamery. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. To jest to!

Szekspirowski

Od dawna chciałem obejrzeć gdański teatr szekspirowski. Oficjalnie pisany dużymi literami. Jednak czym innym jest przeczytanie nawet kilku tekstów na jego temat, a czym innym “dotknięcie” go, obejrzenie, uczestniczenie w spektaklu. Udało się. Na scenie “Wesołe kumoszki z Windstoru”, ja na widowni. Co oceniać? Teatr czy przedstawienie? Jedno i drugie? Niech będzie.
Ponoć twórcy budynku wzorowali się na autentycznym gmachu, jaki istniał w Gdańsku i w którym grały trupy angielskie. Teoretycznie się udało. Sala wygląda, jak na rysunkach renesansowych teatrów angielskich. Loże na trzech piętrach, podest dla aktorów, scena z wbudowanym piętrowym pałacem, mogącym grać w większości dramatów Szekspira. Na parterze miejsca stojące. Wszystko na właściwym miejscu. I tylko jeden problem - z większości miejsc widać tylko część sceny. Te barierki, te słupki, te zabezpieczenia… Rozumiem, że w czasach teatru elżbietańskiego widzowie nie musieli być dobrze traktowani. Ale dziś? Jakiś czas temu dyrekcja ograniczyła liczbę miejsc na widowni. Sprzedawane są ponoć bilety tylko na siedziska, skąd widać dobrze. Idea słuszna. Ale dlaczego zapłaciłem za bilet i miałem widzieć całe przedstawienie a widziałem połowę?
To, co mi się ogromnie podobało, do kawiarnia teatralna zwana barem. Ciekawie zaaranżowana, z bardzo dobrymi rzeczami do jedzenia (i picia). Tam warto bywać.
A teraz o przedstawieniu. Trupa teatru (to chyba właściwe sformułowanie) gra z zaangażowaniem. Pokrzykuje z zapałem, biega nie potykając się. Wykorzystuje tekst wielkiego stradforczyka do bawienia nas jego nawiązaniami do seksualności bohaterów (a także nas - widzów). Czasami nawet śmieje się z własnej gry. “Wesołe kumoszki…” to, jak to zwykle u Szekspira komedia pomyłek. Widzowie mogą też się mylić. Czegoś nie rozumieć. To nie jest problem. I tak się dobrze bawimy. W dodatku że słuchamy Szekspira- Barańczaka. Jak on (to znaczy Barańczak) bawi się słowem!
Dlatego przy najbliższej okazji znów postaram się zajrzeć na tyły Domu Harcerza. Może będą grali Barańczakowego “Hamleta”?

Janek

Zmarł Janek, instruktor w warszawskim harcerstwie mityczna. Miał prawie 90 lat. Z nich bardzo wiele poświęcił naszemu ruchowi. Zaczynał harcerską działalność w Szarych Szeregach. Był drużynowym. A później pełnił bardzo wiele funkcji w kilku środowiskach, także u nas - na Pradze Południe. Janka pamiętać będę przede wszystkim jako instruktora, o którym można było opowiadać niezliczone anegdoty.
Był człowiekiem - “pistoletem”, szybkim, zdecydowanym, konkretnym. Mógł być przez harcerskie władze wysyłany na różne fronty do załatwienia jednej sprawy. W jednym hufcu bywał rok, dwa, trzy. Załatwiał sprawę i był przerzucany dalej.
Ostatni raz widziałem Janka jakiś czas temu na spotkaniu chorągwianej komisji historycznej. Spięliśmy się raz i drugi. Dawno już ze sobą nie współpracowaliśmy. I co zrobił konkretny i rzeczowy Janek? Nie obraził się, nie. Po prostu napisał pisemko, że rezygnuje z pracy w komisji. Taki był.
Był fanem punktualności. Gdy mówił, że zaczyna spotkanie o 17.17, to choćby się waliło, choćby burza z piorunami szalała wokół, spotkanie zaczynał punktualnie. I, uwaga, uwaga – też punktualnie kończył. Na dodatek wszelkie narady, zbiórki, odprawy prowadził krótko i rzeczowo.
Kiedyś zdumiał nas. Jakąś zbiórkę rozpoczął z 6-minutowym opóźnieniem. Oczywiście z naszej winy – niesubordynowanych instruktorów. Mieliśmy ją zakończyć po godzinie. Co czyni druh J.? Komunikuje nam: - Zaczynamy z sześciominutowym opóźnieniem, zakończymy spotkanie sześć minut wcześniej. – No i zbiórka trwała 12 minut krócej. I wszystko, co należało, na niej zostało omówione.
Nie dziw więc, że gdy któryś z naszych komendantów spóźnił się ze swoim obozem z rajdu około godziny (a obozowaliśmy w Wołosatem – do rozpoczęcia Operacji Bieszczady 40 było jeszcze kilka lat), Janek pozbawił go funkcji i karnie przeniósł do innego obozu.
Tu należy wam się chwila radosnej zadumy, bo życie z zegarkiem w ręku nie jest proste. Na tym samym obozie Janek na własnej skórze o tym przekonał. Lubił on, jak tu delikatnie powiedzieć…, lubił płeć piękną a i liczne dziewczęta patrzyły w niego jak w obraz. To było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Janek był nieduży, szczupły. No, Adonisem nie był. A dziewczyny były nim zafascynowane.
Wróćmy do obozu w Bieszczadach. Zdecydował się tam na spacer z pielęgniarką (a może księgową?) na Tarnicę. Ot – wejdą, zejdą. Nic trudnego. Nie wiem do dziś co się tam wydarzyło, poszli na Rozsypaniec? Dotarli do Zgniłochy? W każdym razie nie wrócili na noc do obozu! A było to po ukaraniu owego komendanta obozu za godzinne spóźnienie! Już chcieliśmy zaangażować do pracy GOPR, gdy zmarnowana para pojawił się w obozie. Janek był o krok od zdjęcia siebie samego z funkcji. Tylko nie miał go kto zastąpić, więc do końca obozu dotrwał na swym stanowisku.
Janek, jako że cenił płeć przeciwną, nie uznawał obozów koedukacyjnych. Twierdził, że prawdziwy mężczyzna nie może oglądać kobiety (nawet takiej 16-letniej) w bieliźnie, w piżamie, nieumytej, nieuczesanej i bez odpowiednio zrobionego makijażu. (Nasze obozy były organizowane dla harcerzy, którzy mieli co najmniej lat). Twierdził, że harcerki mają wyglądać ślicznie i mają się chłopcom podobać. I to był podstawowy argument przeciw takiej koedukacji.
Tak, to harcerstwo Janka było jakby całkiem inne niż moje, ale wierzcie, choć czasem nielubiany był skuteczny w swym działaniu. Na krótko, przecież był “pistoletem”.

Grać na kapuście

To dosyć nietypowa sytuacja. Widownia na średniej scenie Teatru Powszechnego wypełniona do ostatniego miejsca. Ludzie siedzą na dostawionych krzesłach i położonych przed krzesłami poduszkach. Najmłodszy widz ma pewnie ze dwa lata, najstarsi być może zbliżają się do stu. Wszyscy podekscytowani. Przecież muzycy będą za chwilę grać na kapuście! No, nie tylko. Jeszcze na porach, bakłażanach, licznych marchewkach, dużych rzepach, na pęczkach zielonej pietruszki, arbuzach (bardzo dojrzałych), ogórkach, cukiniach i jakichś innych produktach, które można kupić na targu. Jak nas zapewniano, wszystkie warzywa (właściwie arbuz też można nazwać dużym okrągły ogórkiem) zostały kupione w Warszawie. Bo Wiedeńska Orkiestra Warzywna, która, jak sama nazwa wskazuje, przyjechała do nas ze stolicy Austrii, ma ze sobą nieliczne gotowe instrumenty - jakieś wydrążone tykwy, jakieś trąbity czy rogi - ususzone olbrzymie owoce lub korzenie. Reszta przed kilkoma dniami rosła na grządce.

Z trudem personel nas usadza - można zacząć koncert. Jest ich dziewięcioro, każdy z artystów zmienia co chwila swój “instrument”. Grają… Czy jest to muzyka? Chyba tak, słychać rytm, słychać dźwięki jak w prawdziwej orkiestrze. Słyszymy szumy, zlepy, ciągi - jakby powiedział współczesny Białoszewski. Są to szumy i zlepy interesujące, choć cały czas interesujemy się, na czym teraz muzycy grają, czyj dźwięk można uznać za najbardziej interesujący. Najbardziej przebojowa jest marchewka. Można zrobić z niej fujarkę (no, instrument fujarkę naśladujący), piszczałkę (tam pewną rolę odgrywa pasemko pora) czy ksylofon. Może to być też skromna wersja ksylofonu złożona z trzech marchewek. Tych dźwięków nie da się opisać, melodii opowiedzieć. Niech tu pozostanie zapis, że ta muzyka (teraz cytując Herberta) konkretna może się podobać. Dużą rolę odgrywa Pan za konsolą, który odpowiednio wzmacnia dźwięki. Jak inaczej moglibyśmy usłyszeć dźwięk, jaki wydają dwie pocierane o siebie papryki?

Hitem była nie tylko muzyka, nie tylko grupa przedszkolaków zbierających w trakcie koncertu porozrzucane fragmenty warzyw. Hitem była zupa, którą otrzymaliśmy po spektaklu. Ponoć ugotowana z materiałów zużytych na próbie. Ale jak świetnie doprawiona! Lepiej niż w niejednym domu. Z koncertu wynieśliśmy też jednego pora i dwie cukinie. Nie, arbuza, który ważył z pięć kilo, nie zabraliśmy. Ale byli obładowani resztkami koncertowym bardziej niż my. Mogli grać w domu na oryginalnych instrumentach, ale także ugotować kolejną zupę.

Aktorzy żydowscy

Czy na pewno aktorzy żydowscy? A może jednak aktorzy Teatru Żydowskiego? To ogromna różnica. Bo tytuł przedstawienia powinien po prostu brzmieć: “Jacy jesteśmy - rzecz o aktorach z placu Grzybowskiego”. Ale jest inaczej - może bardziej intrygująco? Bo nasi polscy aktorzy żydowscy stanowią dziwną rodzinę. Profesjonalną i amatorską (twierdzą, że uważa się ich za amatorów), pomieszaną narodowościowo (bo co to za aktor żydowski, który nie jest Żydem, i na dodatek pewnie nie zna języka jidysz?), z różnymi koncepcjami, jaki powinien być warszawski teatr żydowski. Pytanie oczywiście, na ile opowieści o żydowskiej babci, o szkole aktorskiej i dorastaniu do tego właśnie teatru z powodu wyglądu a także o graniu muru getta są autentyczne. Bo niektóre fakty można sprawdzić, na przykład ten o roli w filmie, który ostatnio zdobył Oscara. Ale jak zweryfikować opowieści o pierwszej komunii?
Podstawowe pytanie, na jaki stara się odpowiedzieć szóstka aktorów, związane jest z koncepcją współczesnego teatru, który nazywa się żydowski. Teatru z odległą tradycją Estery Rachel i Idy Kamińskich i niedawną Szymona Szurmieja. Tradycją teatru na poły amatorskiego wystawiającego klasykę żydowską i składanki piosenek przeplatanych (tak, w takiej kolejności) wątłą fabułą. Ten teatr, w którym występowano w języku jidysz i który promował zamierzchłą kulturę, wymordowanego narodu, odchodzi do lamusa. I pozostaje problem - jaki ma być ten współczesny teatr, ot, z Mają Kleczewską jako reżyserką. Aktorzy żydowscy w “Aktorach żydowskich” starają się jakoś nam o tym opowiedzieć.
Wątkiem łączącym poszczególne sceny jest pokazanie próby “Tewje Mleczarza”, którego próby zaczęły się ponad trzydzieści lat temu i trwają do dziś. Bo w tym teatrze do premiery przedstawienia o córkach Tewjego dojść nie może. To nieco dziwaczny pomysł, bo przecież wiemy, że od czasu do czasu przy pełnej widowni grany jest “Skrzypek na dachu”. Ale fakt, jest to ów teatr tradycyjny, nostalgiczny, pokazujący ów dawny nieistniejący świat. To nie jest widowisko współczesne, godne wystawienia w wieku XXI. Nowoczesny “Tewje” pewnie wystawiony nigdy nie zostanie. Próba będzie trwała…
To dobrze, że w tym teatrze można w niewielkiej salce, dusznej, nieprzyjaznej widzom obejrzeć kawałek niezłego teatru. I zupełnie jest mi obojętne, czy to, czego się dowiaduję, to głos bohatera sztuki, czy głos żywego aktora. Bo tekst jest prawdziwy, do bólu prawdziwy. I pokazuje ogromne szanse na dobre widowiska i dobry teatr. Nawet jeśli nie zawsze jest grany przez amatorów dobrej woli.

Next Page »