Adam Czetwertyński

Harcerstwo (192) Kuchnia (25) Kultura (273) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

I po co im Krym?

Nie wiedziałem, jak zatytułować ten mój tekst. Może niech zostanie z Krymem. Tym Krymem, który tak niedawno odebrali Rosjanie Ukraińcom. Po co im, jeżeli w tureckim hotelu na wybrzeżu Morza Śródziemnego są większością gości. Praktycznie inne nacje między nimi się przemykają. Także miejscowi, którzy w tym kolosalnym obiekcie (ponad tysiąc pokoi) są widziani, ale nie jest ich zbyt wielu. Napisy po rosyjsku, animacje dla dzieci także. Zaprzyjaźniony pan barman, który z rana częstuje nas zimnym napojem, wiedząc, że jesteśmy Polakami, wita nas “zdrastwujtie”. My mu na to, że po polsku mówi się “dzień dobry”, co pan ładnie wymawia, by następnego dnia rano powitać nas po rosyjsku. Wie, że może się z nami porozumieć w tym języku, więc po co się wysilać.
Od czasu, gdy w jakimś hotelu za granicą spotkałem większą grupę Rosjan, wiele się zmieniło. Nie są tak krzykliwi, nie są (w przeważającej większości) pijani, są zdecydowanie bardziej cywilizowany. I tylko część z nich w restauracji jada zgodnie z trzema zasadami. O jednej z nich pisałem, ale warto przypomnieć.
Zasada pierwsza - piramida albo kopiec kreta. Na talerz nakładamy kolejne warstwy produktów. Frytki, mięso, warzywa, surówki. Ale piramidę można zbudować z ciastek lub żółtego sera. Ważne, by była wysoka, ale tak ułożona, by nic z niej nie spadło. Piramida jest zjadana w połowie, czasem mniej niż w połowie.
Zasada druga - stół weselny. Stół weselny zastawiamy, gdy jest nas więcej niż dwoje. Przez pół godziny na stół przynosimy wszystko to, co potencjalnie może się przydać do jedzenia. Jak na weselu. Zamawiamy też różne napoje. Gdy stół jest zapełniony, zaczynamy jeść. Zjadamy tak że 30% tego, co sobie przynieśliśmy. Resztę zostawiamy, by kelner miał co sprzątać.
Zasada trzecia - bierzemy na później. Nie myślę o jakimś owocu czy ciastku. Biorący na później są dobrze zorganizowani i często niezauważalni. Mają że sobą torby a w nich pudełeczka. A może pudełka. Obserwowałem akcję “baklawa”. Przynoszono kolejne kopce kreta z ciasteczkami, które znikały w przepastnych torbach. Czy ciastka były przeznaczone na prezenty w dalekiej Moskwie? Czy miały być zjedzone w czasie najbliższej nocy? Nie wiem i się nie dowiem.
Piszę o tym, lecz przypominam. Już tylko część byłych obywateli ZSRR po zdobyciu wybrzeża Turcji zachowuje się, jak Hunowie. Można obok nich wypoczywać.

Skrawki wspomnień

To bardzo sympatyczne. Ostatnio odzywają się do mnie instruktorzy, których nie widziałem kilkadziesiąt lat. Gdzieś mnie znaleźli w internecie, gdzieś otarliśmy się o siebie na którymś z pogrzebów. Siadamy przy kawie i snujemy opowieści o dawnych czasach. Ja cały czas w harcerstwie - oni przez lat kilka dawno temu też byli niezwykle aktywni. Odeszli, ale z radością wracają do wspomnień. A pamięć nasza jest zawodna. To zupełnie normalne. Trzy ostatnie kontakty - i kolejne trzy wspomnienia o sytuacjach krytycznych, trudnych.
J. - mój pierwszy drużynowy - ten z 1958 roku. Drużynowy sprzed 60 lat! Wśród skrawków wspomnień zachowało się to o kradzieży portfela. Ja tego wydarzenia zupełnie nie pamiętałem. A był to chyba rok 1960. Na obozie J. zarządził rewizję osobistą wszystkich harcerzy, gdyż jednemu z nich ukradziono portfel. I co? Portfel z pieniędzmi znalazł się w ręku młodocianego złodzieja. Został on wyrzucony z obozu. J. odwoził chłopaka do domu. Ja tego nie pamiętałem! Ale obaj pamiętaliśmy zimowisko w Szklarskiej Porębie chyba z przełomu roku 1959/1960. Tam o mało co zbiorowo się nie zatruliśmy. A właściwie zagazowaliśmy. J. świetnie pamiętał sytuację, gdy w sali, w której spaliśmy, przed laty było oświetlenie gazowe, i gaz ten nas o mało co nie zatruł. Po prostu się ulatniał.
M. - szczepowa niezłego szczepu starszoharcerskiego z lat siedemdziesiątych. To ona była przyczyną zdjęcia mnie z funkcji zastępcy komendanta hufca. M. zupełnie nie wiedziała, iż to ona sprawiła, że mój harcerski życiorys w pewnym momencie się zupełnie załamał. Sprawa była mało znacząca, po prostu byłem zbyt samodzielny i w efekcie nie spodobałem się jakiemuś ówczesnemu partyjnemu VIPowi. Pisałem o tym niegdyś. Ale z M. wspólnie wspominaliśmy harcerkę, która była w jej drużynie zimowiskowej, gdy ja byłem komendantem całego wielkiego 200-osobowego zimowiska. I owa harcerka urodziła dziecko dwa dni po powrocie z zimowiska! Podobno dziewczyny nic nie wiedziały o tej ciąży. Nie chciałem w to wierzyć, ale M. twierdziła, że rzeczywiście to owa druhna ukryła do ostatniego dnia swą ciążę przed wszystkimi, a przede wszystkim własną rodziną.
I jeszcze jeden kontakt. Z T. Opisał mi obóz - horror z nieco późniejszych czasów, bo była to połowa lat 80-tych. Tam nieprzygotowane kwatermistrzowsko zgrupowanie, komendantka, która rodzi na trzy dni przed rozpoczęciem obozu. T. zastępuje młodą matkę (a nie jest przygotowany do prowadzenia takiego obozu). I owa instruktorka przyjeżdża na obóz - dziecko zostawiła w szpitalu - i chce wraz z mężem zgrupowanie prowadzić. Jakiś koszmar, który miał miejsce w naszym hufcu. Z T. jestem umówiony na spotkanie za dwa tygodnie, ciekawe, czy mnie jeszcze czymś zaskoczy.
Trzy kontakty. Trzy wspomnienia. Oj, działo się u nas na obozach i nie tylko na obozach, oj, działo…

Czoczo

Pożegnaliśmy Czocza. Miał 40 lat. Przez ostatnie miesiące zbieraliśmy pieniądze na jego leczenie. Leży ich na koncie prawie 300 tysięcy złotych. Wpłaty od kilku złotych do 10 tysięcy. Na leczenie już ich Czoczo nie wykorzysta. Ogromny żal.
Siedzieliśmy i staliśmy w salce domu pogrzebowego koło Cmentarza Brudzieńskiego. Upał to mało powiedziane. Tropik w samo południe. Przed nami urna, zdjęcie, nieco kwiatów. Przed urną zmienia się asysta honorowa - nasi instruktorzy oddają cześć zmarłemu. Rodzina. W tłumie, który nie jest w stanie cały wejść do salki, wiele mundurów harcerskich. Ale “cywile”, a i ja do nich należę, to też harcerscy instruktorzy. Czoczo - członek Głównej Kwatery, Czoczo - człowiek “od wędrownictwa”, Czoczo lubiany, a także szanowany.
W trakcie pożegnań motyw nieczęsty na pogrzebach. Mówi się o zmarłym z uśmiechem i mówi o fakcie, że był uparty, że przekonywał do własnych racji, że potrafił dyskutować godzinami… I oczywiście, że był wspaniałym kolegą, przyjacielem. Ale także pracownikiem. Ale także synem , mężem i ojcem. Choć, i to też nietypowe - wśród zdań pożegnania pada uwaga, że Czoczo czuł, iż za mało kocha swe dzieci, że jakoś ich kochać jeszcze mocno nie potrafi. Te szczere wypowiedzi przy urnie są zupełnie nietypowe, ale jak dobrze, że właśnie w tym dniu padają.
Bo jawi się nam zmarły autentyczny. Radosny, zazwyczaj uśmiechnięty. Człowiek odnoszący sukces w życiu. Człowiek, przed którym, wydawało się rok temu, że ma przed sobą kilkadziesiąt lat szczęśliwego życia. Stąd pretensje do losu. Bo do kogoś trzeba mieć pretensje. Dlaczego właśnie on? Tyle przecież miał do zrobienia…
Czocza znałem słabo. Aktualne Wędrownicze Watry to już nie mój harcerski świat. Ruch wędrowniczy bardziej znam z lektur niż z czynnego w nim uczestniczenia. W Głównej Kwaterze przed laty mijaliśmy się na korytarzu. A i przed rokiem jako członek Głównej Kwatery jeszcze Czoczo nie rozwinął skrzydeł. Lecz gdy słuchałem o nim wspomnień, nic mnie nie dziwiło. Augustów, który ukochał, wędrownictwo, początkowa aktywność w GK. O wszystkim wiedziałem. Może był on tak aktywny, tylko się o nim mówiło?
Żegnaj, Czoczo. Może jednak spotkamy się, jak w piosence, którą śpiewaliśmy, na niebieskich połoninach…

Trzej panowie M

Festiwal Singera zainaugurowany. Coroczne warszawskie spotkanie z kulturą żydowską i kulturą inspirowaną tradycjami, muzyką, historią tego narodu od lat gromadzi setki widzów, a czasem uczestników warsztatów lub dyskusji. Jak zwykle na tym festiwalu - dla każdego coś dobrego. A na początek wieczorny koncert tria w składzie: Masecki, Markowicz, Młynarski. Sala teatru “Kwadrat” (jestem tam po raz pierwszy w życiu, wcześniej byłem w tym miejscu w kinie “Bajka”) wypełniona po brzegi. Siedzimy wsłuchani w melodie dwudziestolecia międzywojennego powstałe na użytek teatrzyków rewiowych, występów w restauracjach czy kolejnych płyt. W większości piosenek i melodii nieznanych. Nie dziwmy się - z estrady Jan Młynarski co chwila rzuca tekstem: - On napisał bardzo wiele, jego twórczość była bardzo duża. - I padają kolejne nazwiska, oczywiście te, które znamy, jak Mariana Hemara czy Jana Brzechwy. I takie, które są mi obce, jak Zygmunta Białostockiego.
Siedzimy wsłuchani w przedwojenne melodie i przyznajemy Młynarskiemu rację, gdy mówi, że w tamtych latach prawie wszyscy muzycy i autorzy tekstów to Polacy pochodzenia żydowskiego. Jednak Młynarski z uporem, bardzo świadomie mówi: - To Polacy, to polska twórczość, polskie melodie. Fakt, między nimi znajdzie się nuta tradycyjna, może (?) pochodząca z kultury żydowskiej. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć na sto procent, co w danej piosence jest rosyjskie, co polskie, co żydowskie? A gdy słuchamy tanga, nie będziemy źródeł melodii poszukiwać. Przecież to jest tylko tango…
Trio jest znakomite. Może najgorzej wypada w tym gronie Młynarski, bo on także opowiada o twórcach tekstów i melodii. I czyni to z pewnym trudem. Ale nic to. Ważne, że w ucho wpada nazwisko Goldów (bo jest ich dwóch), nazwisko Szlechtera (oj ten ślicznie wykonany “Srulek”) czy Warsa. Śpiewa Młynarski nadspodziewanie dobrze, starając się artykułować poszczególne słowa zgodnie z dawną manierą piosenkarską. To ciekawy pomysł. Wyśpiewać to prawdziwe “ł”.
Miło spędzony wieczór. Z dobrą, ciekawą, uroczą, śmieszną przedwojenną polską piosenką. Naprawdę miło spędzony.

Oni są dobrzy

Ponad dwa tygodnie spędziłem w naszym hufcowym ośrodku kolonijnym w Ocyplu. Przed laty nazwano go Słoneczną Republiką. Z tą republiką to nie do końca była prawda. Wszak kierował nią przez lata nasz Komendant, który do współdecydowania o losach zuchowej republiki rzadko dopuszczał swych instruktorów. Słońce częściej docierało do ośrodka, ale nie ukrywajmy - Kociewie to rejon, gdzie deszcze jakoś częściej padają, niż w innych rejonach kraju. Ośrodek budowano i zbudowano dla naszych zuchów, których w trzech turnusach w czasie jednego lata przebywało około 500. Dziś bywa ich w Ocyplu mniej, ale wraz z polskimi zuchami z Białorusi było ich tym razem około 200.
Zajmowałem się białoruskimi malcami, które nie zawsze rozumiały, co się im po polsku mówi. Ot, uczyłem ich naszego języka, gdyż Polacy na Białorusi są zazwyczaj zrusyfikowani i ich językiem domowym jest język naszych (i ich) wschodnich sąsiadów. To ciekawe doświadczenia, ale nie o nich będę pisał. Po prostu, jakby przy okazji uważnie patrzyłem na naszą, naszego hufca, zuchową kadrę. Opinie o niej krążą różne. Jednak nie będę tu wchodził w szczegóły. Po prostu muszę jednoznacznie stwierdzić: - Oni są dobrzy.
I nie jest tu miejsce, aby oceniać organizację kolonii, jej program i obrzędowość. Oceniam młodą (w większości) kadrę. Bo zainteresowany byłem, jaki był tejże kadry (i tej młodszej, i tej nico starszej) stosunek do dzieci. Spokojnie mogę napisać, że cechy, które prof. Kotarbiński pięknie ujął w sformułowaniu “opiekun spolegliwy”, dotyczą naszych zuchmistrzów. Większość z nich nie przeczytało (niestety) “Antka Cwaniaka”, ale od druha Cwankiewicza nie byli gorsi. Na serio bardzo dobrze opiekowali się zuchami.
Tak, z dzieckiem trudnym (niezależnie od tego, jakie są powody niedostosowania dziecka do pracy w grupie) poradzić sobie tu i ówdzie nasi młodzi wychowawcy nie umieli. Ale pamiętać trzeba, że takiemu dziecku trzeba poświęcić wyjątkowo dużo uwagi, ot, posadzić obok niego odrębnego wychowawcę. A na to nikogo nie stać. Takich wychowawców, którzy zajmowaliby się jednym zuchem, nie ma.
Ale nie narzekajmy na trudne zuchy. Powtórzmy. Kadra ma właściwy stosunek do zuchów a zuchy są radosne i czasem rozbrykane. Jest dobrze. Po prostu dobrze.

Next Page »