Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (16) Kultura (233) Polityka (37) Szkoła (69) Varia (107)

Minął weekend

Piątek wieczorem
Jadę na Białoruś. Nie byłem tam od kilkunastu lat. Wtedy nie było wiz, bankomatów i (na Wschodzie) telefonów komórkowych. Była bieda. I jak zwykle - kłopoty z przekraczaniem granicy. Straszne kolejki, nie zawsze mili pogranicznicy. Zmieniło się. Jakoś wszystko jest bardziej cywilizowane. Krócej niż godzina na granicy. Cisza, spokój, pełna kultura. Jednak dużo zmian. Na korzyść naszego wschodniego sąsiada. Tylko jedno się nie zmieniło - stan białoruskich toalet. Dlaczego ten element europejskiej cywilizacji tam nie dociera? Nie wiem.

Sobota w południe
Festiwal piosenki harcerskiej. Kilka drużyn, niecałe sto osób. Wtedy, na przełomie XX i XXI wieku, samych harcerzy przyjeżdżało koło pięciuset. Drużyny, które się w Baranowiczach pokazały, pracują bardzo dobrze. Ale jest ich tak bardzo mało. Rozmawiamy o przyczynach regresu organizacji. Przyczyn jest, jak to w takich przypadkach bywa, kilka. Brak kadry, brak dorosłych opiekunów, słabiutka praca władz organizacji, brak poparcia przez władze państwowe. Można długo pisać. Nasza (w tym moja) praca - organizowanie szkolenia dla harcerzy przynosi efekty. Ale mierne. Rozmawiamy o tym, planujemy rozwój. Może coś nam się uda?

Niedziela koło południa
W Warszawie Szalone Dni Muzyki. Cóż to za radość dla uszu! Dziesiątki koncertów, setki wykonawców. Tym razem tematem jest przyroda. Dlatego zamiast o muzyce należy napisać o zmienionym placu Teatralnym. Połowa placu została zagospodarowana, znalazły się na nim krzaki, drzewa, kwiaty i prawdziwe trawniki. I jeszcze ławki - można usiąść i odpocząć. Jak w parku. Jakaż szkoda, że to jednorazowa akcja z okazji Dni Muzyki. Może władze miasta postarają się zmienić okropny parking na prawdziwy reprezentacyjny plac miasta? A koncerty - znakomite. Także te w namiocie przed Teatrem Wielkim.

Niedziela późne popołudnie
Imieniny Tymka. Tymek chodzi już do żłobka. To całkiem dorosły facet. No, jeszcze pieluchy, może niedługo z nich wyrośnie. Tymkowe zabawki, jak zabawki wszystkich dzieci, są bardzo interesujące. W prezencie dostał plastikowego psa, którym można sterować, który nie tylko szczeka, ale ma wgranych kilka melodii, macha ogonem, jest małym urządzeniem muzycznym. Coś, czego mama Tymka jeszcze nie miała. Tymek nie wie, że jest obiektem dzisiejszych zainteresowań. Poczekamy kilka miesięcy. Dowie się, co to są imieniny i że tego dnia dostaje się prezenty. To jeszcze przed nim.

Niedziela wieczorem
Jutro lekcje - zastępstwa. W dwóch klasach trzecich. Do tych lekcji trzeba się przygotować lepiej niż do lekcji z “moimi” uczniami. To nie mogą być godziny zmarnowane. Jakieś przygotowanie do matury? Jakieś powtórzenie? Będę miał dwie propozycje dla nieznanych mi młodych ludzi. Jedną z interpretacją wierszy, drugą - powtórzeniem pozytywizmu i Młodej Polski. A może będą mieli własne propozycje? Jak wypadną te lekcje, zobaczymy jutro.

PS Dlaczego powstały te notatki? Ot, jeden weekend a tyle tematów. Każdy z nich mógłby być odrębnym felietonem. Może czasem warto zauważyć, że bardzo wiele problemów nie jest opisanych. A na opisanie zasługują.

We Fromborku

Ile to już lat nie byłem we Fromborku? Tak około trzydzieści. Nasza redakcja (była to “Drużyna”) ze swoimi młodymi współpracownikami wydawała “Na tropie Fromborka”. W obu turnusach reaktywowanej na krótko akcji staraliśmy się pokazywać wszystko, co najważniejszego i najciekawszego działo się przez wszystkie dni obozów. Jacek K., nasz redakcyjny grafik, ale także harcmistrz, szefował ekipie pierwszego turnusu, ja - drugiego.
Warunki do pracy mieliśmy fatalne. Obozowaliśmy poza Fromborkiem. Pod namiotami. Dla nas namioty to nic nadzwyczajnego, ale redakcję w namiocie trudno zorganizować. Posiłki (bardzo przeciętne) nam dowożono. Mieliśmy trzy maszyny do pisania. Musieliśmy zdobyć informacje, napisać teksty, przepisać je na maszynie, nakleić odpowiednie fragmenty na arkusze papieru, dorysować jakieś kreski i zawieźć (a raczej zanieść) do wojskowej “drukarni”, która powielała nasze pisemko w kilkuset egzemplarzach. Nie, nie było to profesjonalne pismo, ale robiliśmy, co się dało, aby każdy numer był interesujący. Pamiętajmy, że to czasy “przedinternetowe” i “przedkomórkowe”. No i byliśmy zupełnie niezmotoryzowani.
To historia. Dawne dzieje. Poznałem miasteczko - niby odbudowane, niby wyczyszczone, niby (a może rzeczywiście?) harcerskie. Nie, nie byłem fanem Fromborka i naszej, harcerskiej tam obecności. No cóż, może dlatego, że akcja była harcerska i nieharcerska zarazem - taka harcerka schizofrenia. Długo można na ten temat pisać.
I po trzydziestu latach pojawiłem się we Fromborku. Ot, normalny pobyt turystyczny w ciekawym miasteczku. To dziś całkiem inne miejsce na mapie! Katedra nadal monumentalna góruje na wzgórzu. W katedrze ciekawe koncerty na jednych z najlepszych organów w Polsce. Nadal Kopernik jest symbolem miasta. Ale jak tam jest ślicznie! Ale jaką tam można zjeść tartę z owocami! Jaką pieką pizzę! Jak tam jest ładnie! I czysto. Tak, zaczęli tam pracę harcerze, dokończyła Unia Europejska. Frombork jest śliczny. Warto tam bywać.
Aaa… Po ponad czterdziestu latach we Fromborku pojawiła się też Grażyna. Dla niej najważniejszym miejscem na wzgórzu katedralnym okazała się miejscowa publiczna… toaleta. Przed laty tę właśnie toaletę - nowiutką i wyremontowaną - w trakcie “Akcji 1001 Frombork” sprzątała i myła. Taką pracę też wówczas wykonywali harcerze. Dziś za wejście do tego poziemnego miejsca musi płacić 2 złote. Ale może przy okazji bytności w tym miejscu powiedzieć: - Też dołożyłam kilka godzin swojej pracy, by dziś Frombork mógł być tak piękny.

Na plaży

Na plaży fajnie jest… I u nas jakoś inaczej, niż w tych miejscach, które są opisywane tego lata przez dziennikarzy. Może dlatego, że nasza plaża nie jest całkiem dzika, ale nie jest też zajęta przez setki rodzin zajmujących swoje “forty”, “zagrody” i inne oznaczone terytoria. Jedna rodzina piętnaście metrów od nas na wschód, druga dwadzieścia na zachód. Jakieś dzieci w oddali moczą nogi w morzu. Naprawdę na plaży fajnie jest.
Aby dojść do namiotu, w którym grupką młodych mężczyzn sprzedaje produkty różne, trzeba przejść wzdłuż brzegu pół kilometra. W namiocie króluje piwo, ale mnie interesuje kawa. Długo zastanawiam się, dlaczego za odrobinę niesmacznego brązowego płynu, podawanego w papierowym kubku, muszę zapłacić osiem złotych. Espresso z widokiem na morze musi kosztować. Ale drogo i niesmacznie? Nie, to mi się nie podoba.
Na szczęście w tym roku wybudowano koło plaży kawiarnię. Kawa w różnych odmianach, świetne herbaty, lody, ciastka, rurki z kremem i gofry… Jest z czego wybierać. I wszystko podawane w normalnych naczyniach. I na normalnych talerzykach. Zarobił na mnie właściciel tego obiektu, oj zarobił.
Obok dwie ogromne smażalnie z rybami, ale także mnóstwem innych dań. Różnica między nimi jest jedna - w “Wielorybku” je się nożem i widelcem, u sąsiadów - sztućcami plastikowymi. Obie pełne. Bo dostać tam można nie tylko ryby w różnej postaci, ale wyciskane soki, gofry, kebab, kotlety schabowe i karkowkę, pierogi i kawę. Dla wszystkich coś dobrego. Nie ma tylko ciast pieczonych w domu (co dla mnie jest ważne), ale cóż, nie można mieć na plaży wszystkiego.
Jest sklepik z pamiątkami, buda z zapiekankami, stoisko z różnościami dla dzieci, pojawiają się stoliki, gdzie dziewczynkom zaplątani są kolorowe warkoczyki a wszystkim chętnym tatuaże z henny. Jest jak wszędzie, tylko w granicach rozsądku, nie za dużo tych okropnych bud i budek.
Na plaży w Kątach Rybackich będę bywał częściej. Dlatego donosy z tego kątka świata ukazywać się będą w moich tekstach częściej. Na razie, gdy będę chciał zobaczyć, co się tam dzieje, skorzystam z możliwości spojrzenia na plażę okiem kamery. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. To jest to!

Szekspirowski

Od dawna chciałem obejrzeć gdański teatr szekspirowski. Oficjalnie pisany dużymi literami. Jednak czym innym jest przeczytanie nawet kilku tekstów na jego temat, a czym innym “dotknięcie” go, obejrzenie, uczestniczenie w spektaklu. Udało się. Na scenie “Wesołe kumoszki z Windstoru”, ja na widowni. Co oceniać? Teatr czy przedstawienie? Jedno i drugie? Niech będzie.
Ponoć twórcy budynku wzorowali się na autentycznym gmachu, jaki istniał w Gdańsku i w którym grały trupy angielskie. Teoretycznie się udało. Sala wygląda, jak na rysunkach renesansowych teatrów angielskich. Loże na trzech piętrach, podest dla aktorów, scena z wbudowanym piętrowym pałacem, mogącym grać w większości dramatów Szekspira. Na parterze miejsca stojące. Wszystko na właściwym miejscu. I tylko jeden problem - z większości miejsc widać tylko część sceny. Te barierki, te słupki, te zabezpieczenia… Rozumiem, że w czasach teatru elżbietańskiego widzowie nie musieli być dobrze traktowani. Ale dziś? Jakiś czas temu dyrekcja ograniczyła liczbę miejsc na widowni. Sprzedawane są ponoć bilety tylko na siedziska, skąd widać dobrze. Idea słuszna. Ale dlaczego zapłaciłem za bilet i miałem widzieć całe przedstawienie a widziałem połowę?
To, co mi się ogromnie podobało, do kawiarnia teatralna zwana barem. Ciekawie zaaranżowana, z bardzo dobrymi rzeczami do jedzenia (i picia). Tam warto bywać.
A teraz o przedstawieniu. Trupa teatru (to chyba właściwe sformułowanie) gra z zaangażowaniem. Pokrzykuje z zapałem, biega nie potykając się. Wykorzystuje tekst wielkiego stradforczyka do bawienia nas jego nawiązaniami do seksualności bohaterów (a także nas - widzów). Czasami nawet śmieje się z własnej gry. “Wesołe kumoszki…” to, jak to zwykle u Szekspira komedia pomyłek. Widzowie mogą też się mylić. Czegoś nie rozumieć. To nie jest problem. I tak się dobrze bawimy. W dodatku że słuchamy Szekspira- Barańczaka. Jak on (to znaczy Barańczak) bawi się słowem!
Dlatego przy najbliższej okazji znów postaram się zajrzeć na tyły Domu Harcerza. Może będą grali Barańczakowego “Hamleta”?

Janek

Zmarł Janek, instruktor w warszawskim harcerstwie mityczna. Miał prawie 90 lat. Z nich bardzo wiele poświęcił naszemu ruchowi. Zaczynał harcerską działalność w Szarych Szeregach. Był drużynowym. A później pełnił bardzo wiele funkcji w kilku środowiskach, także u nas - na Pradze Południe. Janka pamiętać będę przede wszystkim jako instruktora, o którym można było opowiadać niezliczone anegdoty.
Był człowiekiem - “pistoletem”, szybkim, zdecydowanym, konkretnym. Mógł być przez harcerskie władze wysyłany na różne fronty do załatwienia jednej sprawy. W jednym hufcu bywał rok, dwa, trzy. Załatwiał sprawę i był przerzucany dalej.
Ostatni raz widziałem Janka jakiś czas temu na spotkaniu chorągwianej komisji historycznej. Spięliśmy się raz i drugi. Dawno już ze sobą nie współpracowaliśmy. I co zrobił konkretny i rzeczowy Janek? Nie obraził się, nie. Po prostu napisał pisemko, że rezygnuje z pracy w komisji. Taki był.
Był fanem punktualności. Gdy mówił, że zaczyna spotkanie o 17.17, to choćby się waliło, choćby burza z piorunami szalała wokół, spotkanie zaczynał punktualnie. I, uwaga, uwaga – też punktualnie kończył. Na dodatek wszelkie narady, zbiórki, odprawy prowadził krótko i rzeczowo.
Kiedyś zdumiał nas. Jakąś zbiórkę rozpoczął z 6-minutowym opóźnieniem. Oczywiście z naszej winy – niesubordynowanych instruktorów. Mieliśmy ją zakończyć po godzinie. Co czyni druh J.? Komunikuje nam: - Zaczynamy z sześciominutowym opóźnieniem, zakończymy spotkanie sześć minut wcześniej. – No i zbiórka trwała 12 minut krócej. I wszystko, co należało, na niej zostało omówione.
Nie dziw więc, że gdy któryś z naszych komendantów spóźnił się ze swoim obozem z rajdu około godziny (a obozowaliśmy w Wołosatem – do rozpoczęcia Operacji Bieszczady 40 było jeszcze kilka lat), Janek pozbawił go funkcji i karnie przeniósł do innego obozu.
Tu należy wam się chwila radosnej zadumy, bo życie z zegarkiem w ręku nie jest proste. Na tym samym obozie Janek na własnej skórze o tym przekonał. Lubił on, jak tu delikatnie powiedzieć…, lubił płeć piękną a i liczne dziewczęta patrzyły w niego jak w obraz. To było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Janek był nieduży, szczupły. No, Adonisem nie był. A dziewczyny były nim zafascynowane.
Wróćmy do obozu w Bieszczadach. Zdecydował się tam na spacer z pielęgniarką (a może księgową?) na Tarnicę. Ot – wejdą, zejdą. Nic trudnego. Nie wiem do dziś co się tam wydarzyło, poszli na Rozsypaniec? Dotarli do Zgniłochy? W każdym razie nie wrócili na noc do obozu! A było to po ukaraniu owego komendanta obozu za godzinne spóźnienie! Już chcieliśmy zaangażować do pracy GOPR, gdy zmarnowana para pojawił się w obozie. Janek był o krok od zdjęcia siebie samego z funkcji. Tylko nie miał go kto zastąpić, więc do końca obozu dotrwał na swym stanowisku.
Janek, jako że cenił płeć przeciwną, nie uznawał obozów koedukacyjnych. Twierdził, że prawdziwy mężczyzna nie może oglądać kobiety (nawet takiej 16-letniej) w bieliźnie, w piżamie, nieumytej, nieuczesanej i bez odpowiednio zrobionego makijażu. (Nasze obozy były organizowane dla harcerzy, którzy mieli co najmniej lat). Twierdził, że harcerki mają wyglądać ślicznie i mają się chłopcom podobać. I to był podstawowy argument przeciw takiej koedukacji.
Tak, to harcerstwo Janka było jakby całkiem inne niż moje, ale wierzcie, choć czasem nielubiany był skuteczny w swym działaniu. Na krótko, przecież był “pistoletem”.

Next Page »