Adam Czetwertyński

Harcerstwo (202) Kuchnia (25) Kultura (275) Polityka (37) Pożegnania (31) Szkoła (74) Varia (108)

Zosia

Ten tekst napisałem kilka lat temu. Zawierał więcej informacji o Krysi - córce Zosi. Krysia go przeczytała i zakomunikowała, że zrywa ze mną jakiekolwiek kontakty. Tekst zdjąłem ze strony. Niedawno dowiedziałem się, że Krysia niestety zmarła. Dlatego to wspomnienie postanowiłem zamieścić. Nie zawiera zbyt wielu informacji “miękkich”. Mam nadzieję, że Krysia, patrząc na nas z góry, nie będzie już miała do mnie pretensji.

***
W czwartek byłem na pogrzebie Zosi, którą moja Mama nazywała Danusią. Przeżyła 96 lat. Była jedną z tych osób, która w moim życiu istniały od zawsze. Przyjaciółka Mamy. Jeszcze sprzed wojny. Nie, przez wiele lat to nie była bardzo bliska znajomość. Raczej taka codzienna. Zwyczajna. Lata płynęły, Mama się z Zosią raz kontaktowała, później przez jakiś czas nie. Ale wiedzieliśmy o sobie wiele. Czasem aż za wiele. Znały się z Zosią jeszcze z przedwojennego chóru akademickiego. Kto w nim śpiewał. Mama? Zosia? Jej mąż? Pewne jest, że Zosia ze swoim mężem poznali się w chórze przy Kościele Akademickim świętej Anny. A może poznali się w tym chórze cała trójka? I tak pewnie nie dojdę, jak to było. Tyle lat już upłynęło… Kto o tym pamięta?
Po wojnie Zosia z mężem mieszkali na prawdziwej Pradze. Chyba to była Stalowa lub któraś z jej przecznic. Jako dziecko byłem tam nie raz. Stalowa nie była najpiękniejszą ulicą Warszawy. Zosia nie mogła mieć dzieci, ale los sprawił, że jeszcze na Pradze w ich rodzinie pojawiło się maleństwo - Krysia. Wtedy zmienili mieszkanie, dziecko miało swoje wymagania. Ile to ja wtedy miałem lat? Jedenaście? Dwanaście?
Lata płynęły, raz na jakiś czas mieliśmy z Zosią kontakt - cichą, drobną, sympatyczną, mądrą kobietą - zawsze uśmiechniętą, zawsze kulturalną. Zosią - przyjaciółką Mamy. A Krysia była krnąbrną panienką, sprawiała Zosi wiele kłopotów - a jej mąż już nie żył. Cóż, bywają też dzieci trudne.
I kiedyś, a było to wiele lat temu, usłyszałem z wyrzutem od Mamy: - Ależ jaka Krysia. jest cudowną córką. - No tak, bo ja takim synem nie byłem. Niestety. A Krysia na serio się zmieniła i była najlepszą córką na świecie. Najlepszą i najukochańszą. Troskliwą, ciepłą, opiekuńczą. Słyszałem o tym od Mamy nie raz. I tak już trwało przez ostatnie lata. Słyszałem opowieści o Zosi, Krysi i jej mężu, który dość późno w życiu Krysi się pojawił.
Umarła Zosia bez bólu, bez cierpień. Ot, rano poczuła się słabo i przeszła na drugą stronę - do lepszejszego ze światów. Krysia mówiła o tym na cmentarzu. Dobra, spokojna śmierć.
Została pamięć o niej, o jej przed laty zmarłym mężu. Teraz zmarła dobra córka - Krysia. I życie toczy się dalej.

“F” jak fabuła (literki nr 22)

Mój Ulubiony Instruktor zwany pieszczotliwie Mulinem siedział na swym ulubionym fotelu i myślał. Myślenie obok picia kawy jest ulubioną jego czynnością. Nie, żeby myślał tak głęboko, filozoficznie. Nie - po prostu myślał sobie o swojej ulubionej organizacji, której członkowie mają różne pomysły. Na przykład jadą na obóz na Mazury i bawią się w Janosika wraz z jego towarzyszami. Albo jadą na zimowisko w góry (niech to będą Tatry) i tworzą przebogatą, niezwykle interesującą fabułę związaną z oglądanym niedawno filmem fantastycznym. Są więc na obozie szlachetne uczynki - odbieranie bogatym a dawanie biednym. Są rozliczne przygody łącznie z wyprawą do Wiednia. Nie ma (i może dobrze) zawieszania Janosika za żebro na haku. Na zimowisku jest poszukiwanie kamienia szczęścia, piękne elfy i ludojady. Tam członkowie Mulinowej ulubionej organizacji też mają ogromne szczęście, bo ludojady nie zjadają członków organizacji - członkowie ci przestrzegają swoich 10 praw, dlatego są chronieni przed unicestwieniem.
Siedział sobie Mulin w fotelu i zaczął się zastanawiać. Czy kiedyś członkowie jego ulubionej organizacji wymyślą fabułę, którą nazwą “Gra w harcerstwo”. I Mój Ulubiony Instruktor zaczął sobie fantazjować. Wyobraził sobie zastępy, które z porozumieniu z leśniczym polować będą posługując się swoimi ulubionymi komórkami na grubego zwierza - na sarny, na dziki, a może na jakąś drobnicę - lisy, zające czy kuropatwy. Wyobraził sobie, że członkowie jego organizacji na serio będą sobie gotować posiłki na ogniskach lub zbudowanych przez siebie kuchniach polowych. Na serio, czyli przygotowując trzydaniowy obiad… Wyobraził sobie, jak jeden z zastępów leży w nocy na pomoście a oboźny opowiada im o gwiazdozbiorach, które właśnie widzą.
Siedział sobie Mulin i myślał, że pora już wydobyć nastoletnich członków jego ulubionej organizacji z poziomu zuchowych fabułek, często mało logicznych, niepowiązanych z tradycją środowisk, niemających związku z miejscem obozowania, że pora zaprzestać dziwacznych zabaw i zacząć sięgać do źródeł. Autentycznego poznawania przyrody i otaczającego nas świata. Dawania sobie rady w trudnych sytuacjach. Budowania przygody autentycznej, a nie baśniowej, przynależnej najmłodszej gałęzi ulubionej Mulinowej organizacji.
No tak, ale wtedy kadra tej organizacji musiałaby przeczytać “Skauting dla chłopców”, a następnie przenieść pomysły zacnego lorda B-P z dwudziestego do dwudziestego pierwszego wieku. Zaadaptować. Albo musieliby przenieść swą fabułę (czyli jednak fabułę?) o sto lat wstecz i bawić się w prawdziwych skautów / tropicieli / zwiadowców. Trudne zadanie.
Od tego intensywnego myślenia Mulina zaczęła boleć głowa. Nie, pora na kolejną filiżankę kawy…

Rudy

Nie, Rudy nie był rudy, jego imię brzmiało Rudi i był luksemburskim skautem. Jednym z wielu, których znałem, ale z Rudy’m byłem autentycznie zaprzyjaźniony. Poznaliśmy się dawno - na zlocie skautowym w Norwegii. Było to lato 1981 roku. Ze zrozumiałych powodów interesowało się nami wówczas wiele osób. Na jedno z ognisk zaprosiliśmy grupę skautów z niewielkiego i bogatego kraju - Luksemburga. Przewodził im sympatyczny szef “Zielonych Skautów” z Dudelange - właśnie Rudy. Wymieniliśmy adresy. I pozornie się na tym zakończyło. Jakież było moje zdziwienie, gdy - już w stanie wojennym - dostałem informację, iż na Dworcu Gdańskim czeka na mnie przesyłka. To były dwie ogromnie skrzynie z darami dla naszych harcerzy. , darami z Luksemburga. Każdy z prawie setki harcerek i harcerzy naszego szczepu otrzymał paczkę. To były takie czasy, gdy dary w postaci mydła czy czekolady bardzo nas cieszyły. Bo kupić takiego mydła i takiej czekolady kupić przecież nie mogliśmy. Każda paczka była inna, ale wszystkie były wspaniałe. Rudy ze swoimi skautami o nas pamiętał. A spotkaliśmy się tylko raz.
Po kilku latach, jeszcze w minionym ustroju, byliśmy na zlocie skautowym w Luksemburgu. I wtedy odnowiliśmy naszą przyjaźń. Rudy ze swoimi skautami zaprosili nas w kolejnym roku do siebie. Nocowaliśmy w ich domu skautowym. Organizowali pobyt, karmili lepiej niż mieliśmy możliwość jeść w polskich domach. W sumie byliśmy trzy razy w Dudelange, Spotykaliśmy się Rudy’m. Był wspaniałym człowiekiem. Ciągle radosnym, ciągle aktywnym. Oczywiście w latach dziewięćdziesiątych nie był już szefem “Zielonych skautów”, ot, jak wielu starszych panów pomagał w szczepie. W niewielkim miasteczku, jakim jest Dudelange. szczep skautowy liczący około 120 członków i dużą grupę wychowanków to potęga. Także finansowa.
Pełnili bardzo interesującą skautową służbę. W Nepalu sadzili drzewa. Zarabiali i pomagali w ten sposób przyrodzie w dalekim kraju.
Rudy polubił Polskę i naszą organizację. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku był po raz pierwszy na międzynarodowej konferencji organizowanej przez ZHP. I był w Polsce nie jeden raz. Ostatni raz miałem przyjemność spotkać się z Rudy’m dość dawno. Bo w trakcie zlotu ZHP w 2010 roku w Krakowie. Czyli 10 lat temu. Wiedziałem o tragicznych wydarzeniach związanych z jego rodziną. O jego śmierci w lipcu ubiegłego roku nikt mi nie powiedział.
A był to właśnie jeden z tych, który był skautem na całe życie. Żył 77 lat. Zamiast kwiatów można było wpłacić pieniądze, aby posadzić w Nepalu kolejne drzewo.

Wołosatki

Kiedy ostatnio byłem na koncercie “Wołosatek”? Tak, to było 20 lat temu. Zespół obchodził swe 25-lecie. W kieleckim teatrze im. Żeromskiego spotkały się harcerskie pokolenia - przede wszystkim uczestników “Operacji Bieszczady 40″ i uczestników festiwalu w Wołosatem. Było wspaniale. Nie, nie miałem z tym zespołem wielu spotkań. Ze dwa razy przy różnych okazjach w Bieszczadach, kiedyś (tak, tak) w Danii. Przypomnieć sobie dawne, zapoznać się z nowymi wołosatkowymi piosenkami - duża przyjemność. Sporo tych piosenek przecież śpiewamy na co dzień. Słynny harcerski zespół występuje w warszawskiej “Stodole”, dzień po Dniu Myśli Braterskiej - poszedłem.
Nie zawiodłem się. Było jak zawsze. Druh Pomorski w dobrej formie (a prowadzi “Wołosatki” 45 lat!), zespolik akompaniujący bezbłędny, a dziewczyny (i jeden chłopak) śpiewają jak zawsze. Z jednej strony to piękne - kolejne pokolenia śpiewają jak przed laty! Pewnie około dziesięciorga “seniorek” - byłych wokalistek zespołu, które siedziały na sali powiedziałyby to samo. Ale z drugiej strony to takie nudne. Młodzi wokaliści stoją przy swoich mikrofonach rytmicznie się poruszając. Od pierwszej do ostatniej piosenki. Tak ciągle tak samo? Nie rozumiem. Dobrze, że zaproszono na scenę gościa - jego występ rozbił tę monotonię. I jego młodziutka córka - grała na saksofonie!
Pamiętamy. To był zespół harcerski. Przez długie lata ich kalendarz prezentował grupę w harcerskich mundurach sfotografowaną gdzieś w Bieszczadach. Wyobrażacie sobie, że w ciągu półtoragodzinnego koncertu, gdy dziewczyny prowadzą narrację zapowiadając kolejne piosenki, ani razu nie pada słowo “harcerstwo”? Nie było nic o bazie Chorągwi Kieleckiej, o Operacji Bieszczady 40, o mundurach. Było o górach, przyrodzie, wędrówce, było o przyrodzie. I tyle.
Trochę zdziwiłem się, że “Wołosatki” mają w Warszawie tak mało fanów. Może harcerzy wypłoszyła “cywilna” Stodoła? Może nie było zaproszeń w warszawskich hufcach? Na widowni kilkoro, dosłownie kilkoro starszych harcerskich instruktorów. To zadziwiające.
Piszę tak sobie piszę i cały czas zastanawiam się, czy gdyby zespół przyjechał na występ do stolicy poszedłbym na ich występ czy nie. A więc wyobraźcie sobie, że powtórnie znów pójdę. Choć to teraz cywile.
PS 1 Kupiłem płytę z piosenkami “Wołosatek” i ich przyjaciół. Jaka to słabizna. Piosenki nagrywane w studio brzmią nieprawdopodobnie amatorsko. Jednak w sali, gdy publiczność czuje, reaguje na występ, zupełnie inaczej się słucha. A takie śpiewanki ze skromnym zazwyczaj akompaniamentem? Oj, jakie są marne…
PS 2 Przypominają mi się “Filipinki”. Teraz już panie na emeryturze. One też zaczynały jako harcerki w zespole Skoraczewskiego. Tak bywa. Nie zawsze i nie do końca życia (także zespołu wokalnego) trzeba być obowiązkowo w harcerstwie. Ot, trochę to dziwne, trochę smutno. Da się przeżyć.

Medytacje

W zapowiedzi czytamy “medytacje teatralne”. Widowisko, przedstawienie, sztuka - rzecz wystawiana na scenie Teatru Powszechnego nazwano medytacjami. Na scenie góra wyglądająca jak wielkie narzucone kostki styropianu. Z boku wystaje wielka ruszająca się dłoń. (Już niedługo się okaże, że góra w środku jest pusta - po obróceniu się sceny zobaczymy rusztowanie z ekranem telewizyjnym w środku).
Aktorzy ubrani w dziwne stroje - jakiś muślin, jakaś folia. Ni to ludzie, ni to stwory jak z kreskówek o stworach z kosmosu. Nieruchomi, poruszający się w zwolnionym tempie lub ruszający rękami jak roboty.
Strasznie trudno medytować, gdy jesteśmy atakowani obrazami jak ze złych snów. Na dodatek od czasu do czasu światła ze sceny walą nas prosto w oczy. Twórcy widowiska stworzyli warunki do antymedytacji. I tylko do niej.
Oglądamy (uczestniczymy?) “Boską komedię”. Ponoć Dantego. Owszem, pan Koza (to zadziwiające, że wielcy współcześni artyści nie posiadają imienia i nazwiska) jako dramaturg całego zadziwiającego przedstawienia wybrał jakieś fragmenty utworu. Pododawał jakieś inne teksty, nawet “na wstępie” dość długie i zawiłe. Pewnie była w tym jakaś logika, ale czy wszyscy muszą tę logikę zrozumieć? Żeby było jasne - ja jej nie zrozumiałem.
W widowisku mamy Dantego, mamy Wergiliusza, jest Beatrycze. I wydaje się, że nic z tego nie wynika. Nawet Dante wspinający się na ową “pustą” górę nie robi wrażenia.
Wydaje się, że najciekawsze z całej “Boskiej komedii” były uwagi zszokowanej publiczności, która wypełniła cały teatr. “Nic nie rozumiem”. “O co Garbaczewskiemu chodziło?”. “Czy to była Boska komedia?”. Słychać było wokół.
Ponoć Krzysztof Garbaczewski wszystkie swoje przedstawienia nazywa teraz medytacjami. Ale przecież nie chodzi nam, widzom teatralnym, aby uczestniczyć w ekspiacji reżysera. Powinien on jednak budować spektakl dla widza a nie dla siebie. W tym przypadku wydaje się, że zabawił się z nami, jakby na złość pokazując nam język. Żal. Bo musimy żałować wydanych na bilet pieniędzy i straconego czasu. Musimy żałować aktorów biorących udział w jakimś dziwnym wydarzeniu. Musimy żałować, że nie pokazano nam autentycznych (i uniwersalnych) problemów ludzi późnego średniowiecza. Nie starano się choćby fragmentarycznie porozmawiać z widzem o moralności, która tak istotna jest w tekście Dantego. Ot, stworzył Garbaczewski wydmuszką, a jak wiadomo wydmuszka (jak góra na scenie Teatru Powszechnego) jest w środku pusta.
Przeczytałem w jakiejś recenzji, że równolegle z “akcją” owych medytacji tak samo ważne są wyświetlane powyżej sceny animacje w technice VR. Dla kogo ważne, dla tego ważne, ja ich (moja wina) po prostu nie obserwowałem.

Next Page »