Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

Lupa czyta Kafkę

No tak, znów postanowiłem pójść na nagłośnione przedstawienie. Takie, o którym się mówi, takie, którego premiera (o czym nie wiedziałem) trwała siedem godzin. A przecież mówiłem sobie: - Nigdy więcej. I co? I nic. Poszedłem pięknego wrześniowego wieczora na “Proces”. Z góry było wiadomo - Lupa będzie czytał Kafkę po swojemu, będą mikroporty (czego nie lubię, bo telepią im się nadajniki w majtkach, co wygląda śmiesznie; niezależnie od tego głos jest zniekształcony), będą niepotrzebnie rozebrani panowie (co jest mi obojętne, ale zazwyczaj mało estetyczne), będą kamery filmowe lub telewizyjne (to paskudna maniera bardzo wielu naszych reżyserów) i jakieś niewyraźne obrazy filmowo-telewizyjne. Ale to wszystko forma, niech sobie będzie. Ważniejsza jest treść. Zawsze zaciekawia, co z tekstu autor przedstawienia wydobędzie jako najważniejsze elementy jego teatru.
Idąc na takie widowisko, jak “Proces” widz ma jakąś własną wizję. Tak jak na “Moralność pani Dulskiej” lub “Hamleta”. Widz zna treść i chce skonfrontować własne pomysły lub doświadczenia z pomysłami reżysera. I tak było ze mną tym razem. Jak rozegra Lupa ostatnią scenę? Gdzie zaprowadzi bohatera i jego dwóch oprawców? Jak wypowie ową ostatnią myśl przed śmiercią o umieraniu jak pies? Jak zaprezentuje kluczową dla opowieści o panu K. przypowieść o strażniku drzwi do prawdy?
Cóż. Jedno wielkie rozczarowanie. Dramat Józefa K. wlecze się długo, za długo. Fakt, skrócony do pięciu i pół godziny. Ale po czterech godzinach sala, nabita na początku do ostatniego miejsca, zaczęła świecić pustkami. Dramat się wlecze… Na dodatek Lupa postanowił nam zaserwować fragmenty osobistych problemów autora. No tak, można połączyć dwóch panów K. w jedną postać. Ot, “Proces” jako tekst autobiograficzny. Ale pytanie - po co? Aby zanudzić widza?
Bo jedno jest pewne - ten “Proces” jest bardzo nudny. A jeżeli jeszcze myśl reżysera tak bardzo odbiega od marzeń widza, to już (dla takiego widza, jak ja) jest to klęska. A więc “Proces” to nie tylko klęska dwóch panów K., ale także klęska takiego widza, jak ja.
PS. Ale dotrwałem do końca. I to był mój prywatny sukces. Malutki, ale jednak.

Miarka czasami się przelewa

Festiwal Szekspirowski. Gdańsk. Kolejna taka impreza organizowana corocznie profesjonalnie przez profesjonalną ekipę doświadczonych specjalistów. (Powtórzenie słowa profesjonalny nie jest tu błędem, zastanawiałem się, czy nie należałoby zamiast “doświadczonych” napisać “profesjonalnych”). Oglądam “Miarkę za miarkę” w reżyserii Jana Klaty. Oglądam? Tak można powiedzieć. Udało mi się kupić ostatnie bilety na trzecim balkonie. Wiem, że są tam zamontowane piekielne metalowe barierki, które zasłaniają część sceny. Ale czego się nie robi, aby obejrzeć przedstawienie czeskiego teatru (bo Klata “Miarkę” wyreżyserował w czeskiej Pradze). Z żalem jednak patrzę w dół na liczne wolne miejsca zajmowane przez osoby z wejściówkami. Tym to dobrze…
Komedii Szekspira nie czytałem. Akcję znam bardzo ogólnie. Gdzieś tam po głowie plącze mi się informacja, że władca Wiednia - Wincencjo przekazał swe uprawnienia arystokracie Antonio, który rządził księstwem. I Antonio nadużywa swej władzy. Tyle wiedziałem przed wejściem do budynku Teatru Szekspirowskiego. I tyle samo wiem po wyjściu z teatru.
Wiem jeszcze, że w Szekspirowskim Wiedniu były liczne dyby, elektryczne krzesło i dmuchana lalka służąca panom do zaspokajania ich potrzeb. O dramacie Szekspira nic nie wiem, bo jakiś nieodpowiedzialny gość nie był w stanie obsługiwać rzutnika z przetłumaczonym na język polski tekstem. To, co widzieliśmy, woła o pomstę do nieba. Te napisy i brak napisów tak utrudniały oglądanie przedstawienia, że wydaje mi się, iż cały spektakl prezentowany w oryginale byłby lepszy od tego “z napisami”. Po prostu skupiłbym się na grze aktorów, na pomysłach inscenizacyjnych, muzyce… Gdy przed tobą latają jakieś literki, po prostu oglądać widowiska się nie da.
Zastanawiałem się po wyjściu z teatru, czy nie zażądać od organizatorów festiwalu zwrotu pieniędzy za bilety. Bo uniemożliwili mi obejrzenie spektaklu. Po prostu uniemożliwili. Jakaś miarka się przebrała - to był skandal.
PS Ponoć na kolejnym przedstawieniu czeskiego teatru ten gość od rzutnika też uniemożliwił polskim widzom zrozumienie spektaklu. Ja tego nie rozumiem.

Druh Adamkiewicz

Odszedł na wieczną wartę kolejny harcerski instruktor - hm. Adam Kiewicz. Czlowiek-harcerska legenda. Instruktor, nazwijmy go - kontrowersyjny. Wymienię dwie jego najważniejsze, moim zdaniem, cechy. Po pierwsze był człowiekiem konsekwentnym i rzeczowym. Po drugie był człowiekiem lewicy. Czy należy coś do tego dodać, by zauważyć, że jego życie nie moglo być usiane różami? I nic w tej ocenie nie zmienią wysokie państwowe odznaczenia i wysoki społeczny prestiż.
Druha Kiewicza poznałem na przełomie lat 1960/61. Ja - uczestnik jednego z kilku kursów drużynowych zuchów. On - komendant Zuchowej Chałupy. Szef naszego kursu - instruktor z Łodzi - opowiadał nam o kadrze szkoły. W pewnym momencie padło zdanie: - Komendantem naszej Chałupy - pięknego pałacu Schafgotschów - jest druh Adamkiewicz. - Bardzo długo zastanawiałem się, jak nasz komendant ma na imię. W Cieplicach miało miejsce ważne wydarzeenie. Złożyłem Zobowiązanie Instruktorskie. Gdy nieco później brałem udział w tej samej Zuchowej Chałupie w kursie podharcmistrzowskim, już takich problemów nie miałem. Ale i wtedy zachowywałem w stosunku do niego ogromny dystans. Miał swoisty autorytet człowieka, który wie wszystko, decyduje o wszystkim i jest prawdziwym szefem.
Druh Adam zawsze moim zdaniem był stary. Nieduży, o ostrych rysach. Zawsze nieslychanie precyzyjny…
Zetknąłem się z nim kilka razy znacznie, znacznie później. Najpierw w nowej, może nawet piękniejszej zuchowej szkole w Oleśnicy, lecz ona nie miała w sobie tego ducha tej starej - cieplickiej. Byłem na jej otwarciu i nigdy jej na serio nie polubiłem.
A później, gdy już w XXI wieku druh Miejsca nawiązał kontakt z moim komendantem hufca (komendantem sprzed lat), wydając roczniki historii harcerstwa. Wiedziałem, że jest historykiem. I jako jeden z nielicznych starał się w miarę obiektywnie pokazać dzieje harcerstwa w Polsce Ludowej. Chwała mu za to, bo do jego monografii sięgać będą przyszłe pokolenia. Roczniki były czystą amatorszczyznę, lecz i do tych materiałów można czasem sięgnąć, znajdując tam wartościowe teksty.
Odszedł mając 95 lat. Piękny wiek. A życie miał bardzo urozmaicone, lecz o tym napiszą na pewno inni.

Pod tęczową flagą

W ZHP padają stare pytania. Czy osoba homoseksualna może być drużynowym/drużynową? Co na to rodzice? Jeżeli gej jest drużynowym i nikt o tym nie wie, to może sobie być, a gdy się ujawni, to dla jednych nie ma problemu, a dla innych jednak problem istnieje? A lesbijka? I jak to jest w harcerstwie - na przykład na obozie - czy nieobyczajne zachowanie dziewczyny i chłopaka (na przykład nocne wizyty oboźnego u komendantki) jest akceptowane, a nieobyczajne zachowanie dwóch pełnoletnich chłopaków (śpią w jednym namiocie na jednej pryczy) - nie? A może oba takie zachowania powinny być przez wszystkich traktowane jako naganne? Także przez rodziców i całą kadrę instruktorską? Odpowiedź na te pytania jest prosta.
Jakiś czas temu w prowadzonym przeze mnie kursie drużynowych brał udział W. Sympatyczny, inteligentny, zainteresowany teatrem. Zaczął prowadzić drużynę artystyczną, coś mu nie wyszło, odszedł z harcerstwa. Po kilku latach stał się twarzą warszawskich homoseksualistów. W. był przed laty kandydatem na dobrego instruktora, choć (co było widać na kursie) osobą nadwrażliwą. Jego późniejsza kariera świadczyła, że był urodzonym przywódcą. Ciekawe, czy byłby dobrym drużynowym.
Po raz trzeci w tym roku grupa członków naszej organizacji uczestniczyła w warszawskiej Paradzie Równości. Bez mundurów, ale z harcerskimi/skautowymi chustami. Wywołuje to dyskusję. Przy okazji tejże parady Helena, warszawska młoda instruktorka, zaprezentowała się publicznie jako osoba biseksualna. Pada pytanie, czy harcerze powinni uczestniczyć w takich imprezach? Nawet jeśli ta impreza w pełni jest zgodna z Prawem Harcerskim. Bo harcerz jest pogodny, bo harcerz w każdym widzi bliźniego. Wydaje mi się, że nie to jest najistotniejsze. Harcerz powinien stać w obronie słabszych. Nie da się ukryć, że środowisko LGBT są dziś słabsze, ciągle nie ma równych praw. I w takim kontekście w radosnym święcie tej społeczności instruktorzy harcerscy spokojnie mogą brać udział. Przecież zupełnie nieistotne jest, jaka jest orientacja seksualna osób w paradzie uczestniczących. To jest parada równości. Dlatego kilka razy proponowałem jednemu z naszych harcerskich vipów: - Pójdźmy na paradę za rok. - Na razie się nie zgodził. Będę nad nim pracował.
PS I mamy jeszcze dwie kłopotliwe dyskusje. Jedna wokół poglądów byłego komendanta Hufca Łowicz. Druga dotyczy wychowania duchowego w ZHP. Za mało wiem, aby się w tych sprawach wypowiadać. Ale jeszcze wszystko przede mną.

Z kogo się śmiejecie?

W Krakowie (los tak chciał) znalazłem się na widowni Teatru Bagatela, by obejrzeć głupią komedię. Nie chodzę na takie przedstawienia programowo. Niegdyś naoglądałem się podobnych w warszawskiej Komedii i w Kwadracie. Powiedziałem sobie “dość” i teraz na takiej sztuczce można mnie spotkać jedynie w moim dzielnicowym (los też tak chciał) Och-Teatrze.
Cóż, losu się nie wybiera. O nim decyduje ponoć ten na górze (niezależnie od tego, kto nim jest).
Co to znaczy głupia komedia? W tym przypadku to zręcznie skonstruowana intryga, gdzie występują: Żona, która chce zdradzić swego męża, Mąż, który ma zamiar zdradzić swoją żonę, dwoje potencjalnych kochanków - oboje dość atrakcyjni, ale niezbyt pasujący do Męża i Żony - oraz panna służąca, tu występująca jako Pokojówka. Ta piątka bohaterów spotyka się jednej nocy w jednym mieszkaniu, choć ani jedna osoba z tej gromadki zgodnie z zapowiedziami tam właśnie znaleźć się nie powinna. On udaje, że wyjeżdża, by do wolnego mieszkania zaprosić swą ukochaną. Ona zachowuje się podobnie. Nie mówiąc już o Pokojówce, która bierze pieniądze na swój krótki urlop i pojawia się oczywiście w mieszkaniu jako ta piąta.
Co chwilę ktoś kogoś tej nocy w salonie, znajdującym się na przecięciu dróg naszych bohaterów, spotyka. Ktoś, kto nie powinien w tym mieszkaniu się pojawić, jednak się w nim znajduje. Na szczęście w tym scenicznym mieszkaniu są dwie sypialnie i pokój Pokojówki. Jakoś się wszyscy mieszczą. Ale oglądamy jedno wielkie zamieszanie, które trwa dwie godziny z jedną przerwą. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. I wszyscy się cieszą. I widzowie, i, mam nadzieję, aktorzy. Ci grają poprawnie. Najbardziej radosna jest rozsądna Pokojówka, która co chwilę otrzymuje setki złotych od kolejnych bohaterów. I tylko musimy zadać sobie pytanie: - Czy w królewskim mieście Krakowie (bo akcja toczy się w Krakowie) osoby dobrze zarabiające trzymają normalnie w portfelach po co najmniej tysiąc złotych, a może i dwa tysiące złotych, by przy jakiejś okazji móc przekupić pazerną Pokojówkę? I nie boją się, że ktoś ich może okraść? Zadziwiające.
No tak, dobrze zakończyć pointą. Wiadomo, z czego się śmiejemy. Myśmy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji, jak bohaterowie głupiej komedii. Więc się śmiejemy.

Next Page »