Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Pod tęczową flagą

W ZHP padają stare pytania. Czy osoba homoseksualna może być drużynowym/drużynową? Co na to rodzice? Jeżeli gej jest drużynowym i nikt o tym nie wie, to może sobie być, a gdy się ujawni, to dla jednych nie ma problemu, a dla innych jednak problem istnieje? A lesbijka? I jak to jest w harcerstwie - na przykład na obozie - czy nieobyczajne zachowanie dziewczyny i chłopaka (na przykład nocne wizyty oboźnego u komendantki) jest akceptowane, a nieobyczajne zachowanie dwóch pełnoletnich chłopaków (śpią w jednym namiocie na jednej pryczy) - nie? A może oba takie zachowania powinny być przez wszystkich traktowane jako naganne? Także przez rodziców i całą kadrę instruktorską? Odpowiedź na te pytania jest prosta.
Jakiś czas temu w prowadzonym przeze mnie kursie drużynowych brał udział W. Sympatyczny, inteligentny, zainteresowany teatrem. Zaczął prowadzić drużynę artystyczną, coś mu nie wyszło, odszedł z harcerstwa. Po kilku latach stał się twarzą warszawskich homoseksualistów. W. był przed laty kandydatem na dobrego instruktora, choć (co było widać na kursie) osobą nadwrażliwą. Jego późniejsza kariera świadczyła, że był urodzonym przywódcą. Ciekawe, czy byłby dobrym drużynowym.
Po raz trzeci w tym roku grupa członków naszej organizacji uczestniczyła w warszawskiej Paradzie Równości. Bez mundurów, ale z harcerskimi/skautowymi chustami. Wywołuje to dyskusję. Przy okazji tejże parady Helena, warszawska młoda instruktorka, zaprezentowała się publicznie jako osoba biseksualna. Pada pytanie, czy harcerze powinni uczestniczyć w takich imprezach? Nawet jeśli ta impreza w pełni jest zgodna z Prawem Harcerskim. Bo harcerz jest pogodny, bo harcerz w każdym widzi bliźniego. Wydaje mi się, że nie to jest najistotniejsze. Harcerz powinien stać w obronie słabszych. Nie da się ukryć, że środowisko LGBT są dziś słabsze, ciągle nie ma równych praw. I w takim kontekście w radosnym święcie tej społeczności instruktorzy harcerscy spokojnie mogą brać udział. Przecież zupełnie nieistotne jest, jaka jest orientacja seksualna osób w paradzie uczestniczących. To jest parada równości. Dlatego kilka razy proponowałem jednemu z naszych harcerskich vipów: - Pójdźmy na paradę za rok. - Na razie się nie zgodził. Będę nad nim pracował.
PS I mamy jeszcze dwie kłopotliwe dyskusje. Jedna wokół poglądów byłego komendanta Hufca Łowicz. Druga dotyczy wychowania duchowego w ZHP. Za mało wiem, aby się w tych sprawach wypowiadać. Ale jeszcze wszystko przede mną.

Z kogo się śmiejecie?

W Krakowie (los tak chciał) znalazłem się na widowni Teatru Bagatela, by obejrzeć głupią komedię. Nie chodzę na takie przedstawienia programowo. Niegdyś naoglądałem się podobnych w warszawskiej Komedii i w Kwadracie. Powiedziałem sobie “dość” i teraz na takiej sztuczce można mnie spotkać jedynie w moim dzielnicowym (los też tak chciał) Och-Teatrze.
Cóż, losu się nie wybiera. O nim decyduje ponoć ten na górze (niezależnie od tego, kto nim jest).
Co to znaczy głupia komedia? W tym przypadku to zręcznie skonstruowana intryga, gdzie występują: Żona, która chce zdradzić swego męża, Mąż, który ma zamiar zdradzić swoją żonę, dwoje potencjalnych kochanków - oboje dość atrakcyjni, ale niezbyt pasujący do Męża i Żony - oraz panna służąca, tu występująca jako Pokojówka. Ta piątka bohaterów spotyka się jednej nocy w jednym mieszkaniu, choć ani jedna osoba z tej gromadki zgodnie z zapowiedziami tam właśnie znaleźć się nie powinna. On udaje, że wyjeżdża, by do wolnego mieszkania zaprosić swą ukochaną. Ona zachowuje się podobnie. Nie mówiąc już o Pokojówce, która bierze pieniądze na swój krótki urlop i pojawia się oczywiście w mieszkaniu jako ta piąta.
Co chwilę ktoś kogoś tej nocy w salonie, znajdującym się na przecięciu dróg naszych bohaterów, spotyka. Ktoś, kto nie powinien w tym mieszkaniu się pojawić, jednak się w nim znajduje. Na szczęście w tym scenicznym mieszkaniu są dwie sypialnie i pokój Pokojówki. Jakoś się wszyscy mieszczą. Ale oglądamy jedno wielkie zamieszanie, które trwa dwie godziny z jedną przerwą. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. I wszyscy się cieszą. I widzowie, i, mam nadzieję, aktorzy. Ci grają poprawnie. Najbardziej radosna jest rozsądna Pokojówka, która co chwilę otrzymuje setki złotych od kolejnych bohaterów. I tylko musimy zadać sobie pytanie: - Czy w królewskim mieście Krakowie (bo akcja toczy się w Krakowie) osoby dobrze zarabiające trzymają normalnie w portfelach po co najmniej tysiąc złotych, a może i dwa tysiące złotych, by przy jakiejś okazji móc przekupić pazerną Pokojówkę? I nie boją się, że ktoś ich może okraść? Zadziwiające.
No tak, dobrze zakończyć pointą. Wiadomo, z czego się śmiejemy. Myśmy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji, jak bohaterowie głupiej komedii. Więc się śmiejemy.

Wiem, nie wiem

Moi uczniowie, skądinąd sympatyczni i niegłupi młodzi ludzie, mający 18 a nawet 19 lat, czasem mnie ogromnie zadziwiali. Zadziwiali znajomością, a właściwie nieznajomością pewnych słów czy pojęć. Pal sześć, gdy to jest to takie słowo, jak pleonazm. Nie wybijałem im do głowy słów ważnych, ale takich, które nie będą im w życiu niezbędne. Ale są słowa w języku polskim, które po prostu znać należy. Nawet jeśli wyszły z użycia, nawet jeśli nie posługujemy się nimi na co dzień. Pisałem już o tym i temat ten jakoś mnie nie opuszcza.
Ku mojemu zdziwieniu nie mieli oni kłopotu ze zrozumieniem “Bogurodzicy”. Słowo po słowie tłumaczyliśmy i tekst stawał się czytelny. Nawet to “dziela” dawało się wytłumaczyć. Także owo giełzłeczko Kochanowskiego i inne słowa z czasów renesansu jakoś zrozumiane. Może dlatego, że w podręczniku były przypisy. Dlatego prawdziwy kłopot zaczynał się, gdy czytaliśmy znacznie później napisane lektury. Bo na przykład okazywało się, że uczniowie z Warszawy zupełnie nie znają wsi i prostego wydawałoby się słownictwa.
Zacznijmy od konia w kieracie. Mało udolnie każdej kolejnej klasie rysowałem ów kierat znajdujący się za stodołą. Wyjaśniałem, jak działa system przekładni. Tak wielkiego kłopotu nie miałem z żurawiem. Zawsze w klasie znalazł się jakiś uczeń, który objaśnił, jak czerpano wodę z wielu studni. Pług - znany, socha - większościn znana. Ale lemiesz i skiba ziemi już nie. No i brona. Co to znaczy bronować? Przebojem w każdej klasie jest miedza. Ta także z Mickiewiczowskiej inwokacji “Pana Tadeusza”. Co to może być miedza? Nie będę wymieniał większej liczby tych
trudnych słów. I tak w każdej klasie było inaczej. Czasem się znalazł ktoś, kto dobrze znał realia wsi lub realia miasta. (O co chodzi Tuwimowi z tymi nocnikami w “Mieszkańcach”? Co pod łóżkiem robi nocnik?). Czasem było gorzej.
Gorzej, całkiem niedobrze było ze zrozumieniem Sienkiewicza. Ale ja “Potop” traktowałem jako mało istotną lekturę, więc i język autora w tym utworze nie był tak bardzo istotny. Dobrze było, jeżeli uczniowie przeczytali cały utwór.
Lecz czytanie utworów (i nieczytanie) to już całkiem inna historia. Może na ten temat - już w ramach nauczycielskich wspomnień - coś napiszę.
PS To już rok, gdy nie uczę w szkole. Jakoś dało się przeżyć bez sprawdzania klasówek. Ale nie da się ukryć - trochę tej pracy mi brakuje.

Kraków roku 1900

Przełom XIX i XX wieku. Niewielkie miasto na krańcu Galicji. Fakt - dawna stolica Polski, fakt - tradycja Uniwersytetu Jagiellońskiego, dużo kościołów, Kazimierz, w dużej części żydowski, jako jego dzielnica. Ale dlaczego Kraków stał się w tym czasie najważniejszym polskim miastem? Ważniejszym od Warszawy, Lwowa, Poznania czy Wilna? Co takiego miało CK miasto, że tam właśnie tworzyli najwybitniejsi pisarze, dziennikarze, malarze, poeci? Co takiego w nim było, że tam właśnie tradycja powiązała się z nowoczesnością, z rozwojem, który teoretycznie był niemożliwy. Czy ktoś mi to rzeczowo wyjaśni?
W pałacu Szołajskich wystawa “Kraków 1900″. Dużo obrazów (tyle że bez Wyspiańskiego, eksponowanego w gmachu głównym Muzeum Narodowego), rysunków, plakatów, reprodukcji, rzeźb, wyposażenia wnętrz… Ciekawa narracja. Dużo informacji. To tu, to tam strzałka - ten tekst warto przeczytać. Chodzimy po kolejnych salach, poświęconych różnym tematom. Jedne z nich pokazane w pełni, te dotyczące sztuki w epoce modernizmu (to pojęcie jakoś na wystawie nie pada, nie ma też secesji - wszak mieszkańcu Krakowa o modernizmie czy secesji nic wiedzieć nie mogli). Inne, jak na przykład polityka, jest ukazana powierzchownie. Bo cóż to za atrakcja - dowiedzieć się, że Włodzimierz Tetmajer był także politykiem… Może polityka dla mieszkańców tego miasta najważniejsza po prostu nie była
Ten świat krakowskiej inteligencji (brak w nim żydów i jakoś słabo prezentowana jest chłopomania) jest pełen ironii, dowcipu, żartu. To nie tylko poważne portrety, od czego zaczynamy oglądanie wystawy, ale żarty z siebie i świata wokół są na porządku dziennym. To nie tylko kawiarnia Michalika, ale cały ówczesny Kraków bawił się i cieszył. Przecież nie tylko na weselu Rydla i Mikołajczykówny. Nie tylko na licznych balach. Nie tylko przejawiało się to zabawnymi rymowankami i karykaturami twórców, którzy przeszli do naszej historii. Od pierwszej sali wydaje się, że twórcy wystawy traktują Kraków przełomu wieków z przymrużeniem oka. Niby poważne prezentacje, a my czujemy ducha Wyspiańskiego, który bawił się pokazując swoich współmieszkańców w krzywym zwierciadle ironii i żartu.
Ciekawy jest ten Kraków przełomu dwóch wieków. Fascynujący.

Flet czarodziejski

To tylko może zdarzyć się w teatrze operowym. Kupuję program i w nim czytam: Premiera 27 czerwca 1987. Czujecie ten smaczek? Premiera odbyła się prawie trzydzieści lat temu a oni sobie grają to przedstawienie bez zmian. I ludzie chcą ich oglądać. W Warszawskiej Operze Kameralnej burza z trzęsieniem ziemi i gradem, powstaje konkurencja w Łazienkach (a reżyserem opery jest dyrektor “konkurencji”, czyli Ryszard Peryt) a my - wypełniona do ostatniego miejsca widownia - oglądamy jak gdyby nigdy nic “Czarodziejski flet”. Tak teatr operowy w wydaniu mikro i makro to dziwna instytucja.
Przypomina mi się narzekanie byłego dyrektora Teatru Wielkiego, który ubolewał, że przecięto mu byka z “Carmen” i musi tegoż byka sklejać, gdyż wymyślił, że inscenizacja z monumentalnym bykiem jest godna wznowienia. Ale to takie problemy dyrektora teatru w stylu makro. Ten byk pewnie nie zmieściłby się na widowni WOK.
A w WOK coroczny Festiwal Mozartowski, który zobowiązuje do pokazania najlepszych inscenizacji. Niestety to już nie te czasy, gdy grano dzieła wszystkie Mozarta. Trzęsienia ziemi muszą mieć swoje przyczyny i skutki. Dobrze, że festiwal jest.
Nie zmienia to faktu, że wznowienie opery Mozarta w inscenizacji sprzed ponad ćwierci wieku może nieco dziwić. Nie można pokazać Papageno mniej naturalistycznie? Czy Geniusze to rzeczywiście aniołki? Czy ów podest słoneczny, na którym wjeżdża Sarastro nieco nie śmieszy? Pytania można mnożyć. No cóż, dyrekcja podjęła taką a nie inną decyzję. Wokaliści grali w znanej od lat konwencji a widzowie byli zachwyceni - jest dobrze.
Gdy siedzę na widowni WOK, cały czas zastanawiam się: - Jak oni mieszczą się na tej scence? Nie za bardzo potykając się o siebie, nie utrudniając sobie pracy? Czasem znajduje się tam ponad dwadzieścia osób! Na powierzchni wielkości dużego pokoju. Łącznie prawdopodobnie z czterdziestoma wykonawcami…
Mała salka teatru ma swój wielki plus. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż jest tam doskonała akustyka (chyba lepsza niż u “konkurencji” w Łazienkach), ale dla mnie jest istotne, że ja wszystko - i niewielką orkiestrę, i wszystkich wokalistów - bardzo dobrze słyszę. Bo WOK zatrudnia dobrych wokalistów. Oczywiście trafi się jakiś słabiutki Geniusz, ale soliści (właśnie w tak niewielkim pomieszczeniu) prezentują się niesamowicie. Nie, nie miałbym uwag. Może nieco słabszy Tamino, może do dialogów mówionych Niemcy (bo spektakl grany jest w oryginale) mogliby mieć zastrzeżenia. Ale pamiętajmy, że to opera, pamiętajmy, że to bajeczka ze słabiutkim librettem. Tu ważna jest muzyka. A ta była wspaniale wykonana.
Zapytałem G,. czy chce przeczytać libretto, odpowiedziała, że nie. - Przecież tam jest ważna muzyka. - Chyba ma rację.

Next Page »