Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (257) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (73) Varia (103)

Flet czarodziejski

To tylko może zdarzyć się w teatrze operowym. Kupuję program i w nim czytam: Premiera 27 czerwca 1987. Czujecie ten smaczek? Premiera odbyła się prawie trzydzieści lat temu a oni sobie grają to przedstawienie bez zmian. I ludzie chcą ich oglądać. W Warszawskiej Operze Kameralnej burza z trzęsieniem ziemi i gradem, powstaje konkurencja w Łazienkach (a reżyserem opery jest dyrektor “konkurencji”, czyli Ryszard Peryt) a my - wypełniona do ostatniego miejsca widownia - oglądamy jak gdyby nigdy nic “Czarodziejski flet”. Tak teatr operowy w wydaniu mikro i makro to dziwna instytucja.
Przypomina mi się narzekanie byłego dyrektora Teatru Wielkiego, który ubolewał, że przecięto mu byka z “Carmen” i musi tegoż byka sklejać, gdyż wymyślił, że inscenizacja z monumentalnym bykiem jest godna wznowienia. Ale to takie problemy dyrektora teatru w stylu makro. Ten byk pewnie nie zmieściłby się na widowni WOK.
A w WOK coroczny Festiwal Mozartowski, który zobowiązuje do pokazania najlepszych inscenizacji. Niestety to już nie te czasy, gdy grano dzieła wszystkie Mozarta. Trzęsienia ziemi muszą mieć swoje przyczyny i skutki. Dobrze, że festiwal jest.
Nie zmienia to faktu, że wznowienie opery Mozarta w inscenizacji sprzed ponad ćwierci wieku może nieco dziwić. Nie można pokazać Papageno mniej naturalistycznie? Czy Geniusze to rzeczywiście aniołki? Czy ów podest słoneczny, na którym wjeżdża Sarastro nieco nie śmieszy? Pytania można mnożyć. No cóż, dyrekcja podjęła taką a nie inną decyzję. Wokaliści grali w znanej od lat konwencji a widzowie byli zachwyceni - jest dobrze.
Gdy siedzę na widowni WOK, cały czas zastanawiam się: - Jak oni mieszczą się na tej scence? Nie za bardzo potykając się o siebie, nie utrudniając sobie pracy? Czasem znajduje się tam ponad dwadzieścia osób! Na powierzchni wielkości dużego pokoju. Łącznie prawdopodobnie z czterdziestoma wykonawcami…
Mała salka teatru ma swój wielki plus. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż jest tam doskonała akustyka (chyba lepsza niż u “konkurencji” w Łazienkach), ale dla mnie jest istotne, że ja wszystko - i niewielką orkiestrę, i wszystkich wokalistów - bardzo dobrze słyszę. Bo WOK zatrudnia dobrych wokalistów. Oczywiście trafi się jakiś słabiutki Geniusz, ale soliści (właśnie w tak niewielkim pomieszczeniu) prezentują się niesamowicie. Nie, nie miałbym uwag. Może nieco słabszy Tamino, może do dialogów mówionych Niemcy (bo spektakl grany jest w oryginale) mogliby mieć zastrzeżenia. Ale pamiętajmy, że to opera, pamiętajmy, że to bajeczka ze słabiutkim librettem. Tu ważna jest muzyka. A ta była wspaniale wykonana.
Zapytałem G,. czy chce przeczytać libretto, odpowiedziała, że nie. - Przecież tam jest ważna muzyka. - Chyba ma rację.

Ambassadors

Gdzie dla polsko-amerykańskiej publiczności grają Amerykanie w mundurach wojskowych? W którejś z sal Garnizonu Warszawa? W jakimś nowoczesnym pomieszczeniu, ot, na przykład w Teatrze Nowym? A może po prostu w jakimś klubie? Nie. Big band “Ambassadors” Amerykańskich Sił Powietrznych w Europie gra w najpiękniejszej zabytkowej warszawskiej sali - w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Spróbujcie uruchomić wyobraźnię. Siedzimy w klasycystycznej sali budowanej dla króla Stasia, zabytek oświeceniowy w najczystszej formie. Malowidła, rzeźby, nawet kurtyna zapowiada, że będą tam grani “Krakowiacy i górale”, że za chwilę rozpocznie się “Powrót posła”. Atmosfera jak z czasów Sejmu Czteroletniego. Nawet ostatnio oglądane przeze mnie w tej sali “Wesele Figara” to opera pasująca do tego teatralnego wnętrza. Tu aniołek, tam iluzjonistyczne malowidło, człowiek czeka, by w loży zasiadło towarzystwo w białych perukach.
I kto pojawia się na scenie, a wypełniona do ostatniego widza sala wita ich burzliwymi oklaskami? Tak, big band - pięknie umundurowany 13-osobowy amerykański objazdowy zespół muzyczny. Jakiś księżycowy surrealizm, od którego mogą zacząć boleć zęby, nie mówiąc o siedzeniach, gdyż sala teatralna w Łazienkach ma wyjątkowo niewygodne twarde ławeczki. I nawet położona na nie poduszka komfortu siedzenia zupełnie nie poprawia.
To, że od niedawna nam panujący dyrektor Łazienek przygarnął Operę nazwaną Królewską, jakoś da się przeboleć, choć zabytkowa sala nie powinna być zbyt intensywnie eksploatowana. Ale big band? Horror i łamanie jakichkolwiek reguł.
I nie zmienia mojej opinii, że ekipa jest profesjonalna, jeździ wszak po Europie występując nie tylko przed amerykańskimi żołnierzami. Nagłośnienia, jakie ze sobą wozi, w Warszawie pewnie w najlepszych klubach i teatrach nie ma. Jak świetnie było ich słychać! Może to także efekt dobrej akustyki tego niewielkiego teatru. Nasi sojusznicy grali więc bardzo dobrze, i standardy, i utwory mniej znane, wokalistka bezbłędna, zabawne wyjście na widownię zachwyciło, nawet “amerykańskie” pożegnanie gości, ściskanie rąk dwóch setek widzów bardzo mi się podobało.
Ale po wyjściu z budynku, gdy patrzy się na pociemniałe niebo nad Parkiem Łazienkowskim, myślę, że jednak jestem tradycjonalistą i tak chciałbym, aby wszystko, co dzieje się wokół nas miało nieco większy sens. Nawet udany koncert.
PS Występ ten odbył się jakiś czas temu, chyba w maju. Felieton leżał (jak kilka innych) niepowieszony na tej stronie. Ale wczoraj K. napisała, że chciałaby coś mojego nowego przeczytać. No to proszę bardzo. Może nie jest to mój najlepszy tekst (dlatego sobie długo leżał), ale chyba najgorszy też nie.

Basia

Basia nie była moją bardzo dobrą znajomą. Oczywiście mówiła do mnie: - Adasiu. - Ja do niej: - Basiu. - Oczywiście, gdy spotykaliśmy się, było takie typowe “buzi - buzi”. Basia zauważała mnie na swoich kominkach i spotkaniach, ale nie była to znajomość bliska. Ot, harcersko-szkolno-samorządowa. Takich znajomych jak ja Basia miała tysiąc a może dwa tysiące. Więcej na ten temat mógłby powiedzieć Krzysio Jakubiec, który był instruktorem towarzyszącym Basi w jej wielu inicjatywach, więcej mógłby powiedzieć (były instruktor harcerski!) Andrzej Golimont. Dziś Basię, fioletową Basię z Podlasia, pożegnamy na warszawskich Powązkach.
Basia była kobietą - instytucją. Kobietą, znakomitą artystką, mistrzem, autentycznym mistrzem mowy polskiej (niepotrzebne tu wielkie litery), która potrafiła porwać tłumy. Prezentowała swoje pasje dotyczące ludzi ważnych i tych trochę mniej znaczących w historii Polski, i których potrafiła postawić na pomnikach. We wspomnieniach i nekrologach wymieniane są jej liczne książki, te o charakterze biograficznym. Sienkiewicz, Żeromski, wielcy romantycy. Ale dla mnie była ona autorką opowieści o harcerzach. Ta wierna rzeka harcerstwa jest najważniejsza. Kominki szaroszeregowe. Kominki o założycielach harcerstwa, o wielkich Polakach. I wigilie polskie, realizowane w Poznaniu. I ten ostatni wrocławski.
Zauważcie - Basia z nami, instruktorami harcerskimi, była wszędzie - przy grobie Aleksandra Kamińskiego, na apelu Rajdu Arsenał, w trakcie rocznic i uroczystości ZHP, w Muzeum Harcerstwa, na naszych zlotach krajowych i na naszych zbiórkach. Basia “ciągnęła” projekt arsenałowy dla warszawskich szkół, polegający na odkrywaniu cichych bohaterów z okresu II wojny. Ale “Arsenał pamięci”, ten dziś Krzysia, zaczęła w Łodzi.
Basia była patriotką. Promowała polskość w najlepszym jej znaczeniu. Kochała tych, którzy mieszkali na Wschodzie, tych, którzy emigrowali na Zachód. Ot, jej ulubionym bohaterem był Polak-Białorusin Tadeusz Kościuszko. To on wiązał swoją osobą, swoją walką te dwie ważne dla Polaków części świata.
Tak, Basia kochała być w centrum uwagi, ona - dama w każdym calu - pokazywała tych najlepszych, najważniejszych w naszej historii Polaków, ale poruszała się między nimi swobodnie, jakby była jedną z nich. Basia, tak kolorowa postać naszej współczesnej kultury, odeszła do lepszego ze światów. Jeżeli gdzieś w Polsce spadnie fioletowy deszcz, to na pewno będzie Jej sprawka. Powinniśmy Basię pamiętać, naprawdę wiele jej zawdzięczamy.
PS Byłem na pogrzebie. Setki jej przyjaciół. Mądre listy prominentów i mądre wypowiedzi. Pogrzeb jakiś taki “nasz”, harcerski. I (jak mi się to podobało) troszkę żywiołowy, troszkę improwizowany. Prochy Basi pochowano przy samym wejściu na Powązki Wojskowe. Każdy, wchodząc na cmentarz, będzie musiał zastanowić się, zapytać: - A to kto? - My na szczęście wiemy. I na serio będziemy o niej pamiętać.

A w Londynie

Ciągły wyrzut sumienia - nie piszę tu systematycznie felietonów. W efekcie liczba czytelników jest minimalna… Ale cóż, może się kiedyś zmobilizuję i raniutko codziennie jakieś wpis na tej stronie powstanie. Niektórzy to robią na facebooku, ale to nie dla mnie. Nie ta forma.
Byłem w Londynie. Uwaga, uwaga! Po raz pierwszy w życiu. Więc rozumiecie, że niezależnie od faktu, iż znam kilka innych miejsc na świecie, wizyta w Londynie była czymś nadzwyczajnym, niebywałym i doniosłym. No i już. Inicjacja londyńska miała miejsce. Uff. Pojeździłem metrem. Fama mówi, że w tym metrze można się zagubić. To trochę prawda. Bo jak się zagubić w metrze w Warszawie, jeżeli go prawie nie ma? Albo jak się zagubić w świetnie zaprojektowanym (także na głębokość) metrze moskiewskim? A w Londynie można. To moja mało odkrywcza refleksja.
Refleksja druga. Gdy są urodziny królowej, staraj się być jak najdalej od miejsc, gdzie królowa albo jej goście mogliby się znajdować. Tłum cię zadepcze, barierki nie pozwolą na spokojne przechodzenie przez jezdnię. Nie mówiąc, że musisz swój bagaż trzymać ze sobą, na sobie, najlepiej połącz się z tym bagażem w jedność. Jeżeli tego nie uczynisz, co chwila będzie do ciebie podchodził miły pan albo miła pani i zwracała uwagę, że nie wolno ci odstąpić od swoich rzeczy. Nudne to ogromnie.
A kawa w sieciówce, takiej samej jak w Polsce, tak samo wewnątrz wyposażonej, jakby nieco lepsza. Piję taką podwójną espresso, w przeliczeniu tylko niewiele droższą niż w Warszawie, i zastanawiam się, dlaczego ta kawa tak mi smakuje. Czy powodem jest kolumna Nelsona za oknem a za nią gmach muzeum? A może jednak to jakiś inny gatunek kawy? Nie wiem i pewnie nigdy wiedzieć nie będę.
To ciekawe. Na londyńczyków deszcz (no, deszczyk) wieczorną porą nie zrobił wrażenia. Mnie było mokro a oni dalej spacerowali, oglądali występy uliczne, pili piwo. Mnie było mało komfortowo - im nie. Tak, różnię się od typowych londyńczyków i licznych grup gości.
Bo gości w Londynie strasznie dużo. A. powiedziała, że to przecież nie jest szczyt sezonu. To ja nie wiem, jak oni się zmieszczą na chodnikach - w tym szczycie wycieczkowym. Na razie było ciasno, a wycieczek z przewodnikami naprawdę bardzo dużo.
Pierwsze koty za płoty. Muszę się wybrać do Londynu na prawdziwe zwiedzanie miasta. To wcale nie dalej i nie drożej niż wycieczka do Krakowa.

Tadek

Czytam przegląd wiadomości. Między różnymi mniej i bardziej ważnymi skromna informacja - pod Warszawą rozbił się samolot, zginął pilot. Cóż, nic nadzwyczajnego, częściej czytamy o śmierci na szosach, ale piloci też giną. Patrzę jednak na tego newsa i oczom nie wierzę. Tym, który odszedł do lepszego ze światów, a odejść na pewno nie chciał, jest Tadek. W newsach różne informacje - że biznesmen, że milioner, że współtwórca polskiej “czarnej skrzynki” (była także zamontowana w samolocie, który rozbił się pod Smoleńskiem), że wiceprezes Aeroklubu. że opracował jakąś polską mapę lotniczą. Tylko nie ma informacji, że to “nasz” harcerz, że to dawny instruktor naszej “Trójki”.
Tadek był prawdziwym harcerzem. Po czym to można było poznać? Już kilka razy opowiadałem o nim, choć nie podawałem imienia. Otóż zaskoczył on mnie, zaskoczył pozytywnie, gdy na jednym z obozów wędrownych sam z siebie, przez nikogo nienakłaniany, niezmuszany, gdy szliśmy pod górę, wziął od najsłabszej, zmęczonej harcerki jej plecak i spokojnie pod tę górę szedł z dwoma pleckami. Podaję tu ten przykład na “harcerskość” Tadka, gdyż nasi najsilniejsi harcerze zazwyczaj marudzili, że idziemy tak wolno, że ich takie wolne chodzenie męczy. Żaden z nich nie zachował się jak Tadek.
Był świetnym matematykiem, był świetnym uczniem, świetnym kolegą. No, po prostu był świetny. Spokojny i radosny zarazem. Potrafił poprowadzić patrol na ogólnopolskim rajdzie i tak poprowadzić, że nasi harcerze zwyciężali. Potrafił zorganizować wędrowny obóz rowerowy. Potrafił też (na co wówczas patrzyłem niechętnie) zorganizować naukę brydża. Gdy przejęliśmy w szkole klub PTTK, szefem tego klubu (już harcerskiego) został Tadek.
Potrafił działać po swojemu. Tak trochę (ale tylko trochę) inaczej niż ja. Dobrym przykładem była na naszym zimowisku wyjście do kościoła. Czasy były takie, że poprosiłem harcerzy, aby poszli na mszę po cywilnemu. Tadek tylko częściowo uznał moje racje i namówił harcerzy, aby wszyscy założyli harcerskie nakrycia głowy. Taki mały bunt. Nadal z uśmiechem.
Tak. Harcerskość Tadeusza jeszcze w jednym momencie się ukazała - jego żoną została nasza harcerka, bardzo dobra harcerka.
Pokochał latanie, chwalił się tym, był zachwycony, że miał własny samolocik. Cóż, 1 maja coś go zawiodło - sam popełnił błąd? W samolocie coś zawiodło? Pożegnamy Tadeusz. Bardzo tego żegnania moich instruktorów nie lubię. Ten tam na górze znów popełnił błąd.
PS Byłem na pogrzebie. Bardzo dużo ludzi - starszych i młodszych. Długie kazanie księdza związanego z lotnictwem, dużo mądrych słów o Tadeuszu. We wspomnieniu rodziny znaleźliśmy się my - harcerze. W skrócie było to, co napisałem powyżej, ale także to zdanie, nad którym się długo zastanawiałem… Że Tadeusz czasem tłumaczył nauczycielom matematyki i fizyki, jak rozwiązać jakieś zadania. Tego nie powinno się pisać - był od nich lepszy. Nie pamiętałem, że udało mu się uzyskać średnią ocen 5. To tak, jakby dziś któryś uczeń miał na koniec półrocza średnią 6. Tak, tego nie pamiętałem.

Next Page »