Adam Czetwertyński

Harcerstwo (199) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (29) Szkoła (74) Varia (107)

75

Urodziny. Dzień jak każdy, ale jednak symboliczny. Trzy czwarte wieku. Jakie było? Co jeszcze mnie czeka? Ponoć człowiek ma tyle lat , na ile się czuje. Fakt. Niektórzy moi rówieśnicy uważają się za starców, przed którymi nie ma żadnej przyszłości. Niektórzy są autentycznie młodzi i nie chcą przejść na emeryturę, nadal pracują, nadal cieszą się zżyciem. Ta druga opcja jest mi bliższa. Może dlatego, że nadal jestem czynnym członkiem ZHP, może dlatego, że nadal jestem organizacji potrzebny.
75 lat. Jak je liczyć?
Kiedyś upływający czas liczyłem moimi miejscami zamieszkania. Najpierw małe mieszkanie na Zakopiańskiej. Małe, ale z kotami, psami, ogródkiem. Mieszkanie dzieciństwa i młodości. Później Brazylijska - mały lokal, ale własny. Pokój z wnęką kuchenną. Radosny, choć ciasny. Ponad dwa razy większa Grochowska. Mieszkanie rodzinne, cztery pokoje. O, w tamtych czasach to luksus nad luksusy. I znów dwa razy większe nasze aktualne mieszkanie. Docelowe, większe nie jest potrzebne. Gdy patrzę do kalendarza, okazuje się, że to już 18 lat żyjemy na Ochocie.
A może liczyć rodzinnie? Trzydzieści lat dorastania. Małżeństwo, rodzą się dzieci, wychowujemy je, one wyrastają i odchodzą z domu, zakładają własne rodziny, zostaję dziadkiem.
A może policzyć zawodowo? Studia, pierwsza praca, druga, trzecia (to te kolejne prace związane z redagowaniem książek, czasopism, innych materiałów) i do tych prac zasadniczych taki szkolny równoległy dodatek - praca w szkole. Gdy skończyłem 65 lat, ona dominowała.
No i jeszcze można moje 75 lat podzielić na kawałki harcerskie. Ale ten tort byłby bardzo skomplikowany. Chyba żeby uprościć i napisać: 133, 46, 3 (to numery drużyn - szczepów) oraz hufiec i Główna Kwatera. Ale w harcerstwie się działo, oj działo. Piszę o tym systematycznie w “Czuwaj”. tam sumuję ponad 50 lat harcerskiej służby w stopniu harcmistrza.
Gdzieś umyka tu polityka. Jakoś nie była ona najważniejszą częścią mojego życia, choć dzięki zaangażowaniu politycznym byłem przez kilka lat radnym dzielnicy i radnym Warszawy.
W sumie to było życie proste - rodzinnie, zawodowo, społecznie. Całkiem ciekawe 75 lat. I pozostaje pytanie: co mnie jeszcze czeka. Bardzo jestem tym zainteresowany.

“K” jak klimat (literki nr 20)

Mój Ulubiony Instruktor spojrzał za okno. Straszna plucha, nie chce się wychodzić z mieszkania. O ile lepiej byłoby… (dalej nie napiszę, bo wiecie, co Mulin sobie myśli). Ale wyjść musiał, bo obiecał jednej druhnie z jego ulubionej organizacji, że przyjdzie na warsztaty. A przyjście gdziekolwiek wymaga wyjścia. Taka to paskudna logika.
Temat warsztatów był fascynujący. Klimat. Oczywiście klimat na naszej matce Ziemi, który to klimat jest jak kobieta - po prostu zmienny. No, nie całkiem jak kobieta, bo ta (Mulin to doskonale wiedział) zmienna bywa - raz jest z nią lepiej, raz gorzej. A klimat zmienia się jednoznacznie na gorszy. Co prawda Mulin zaczął się zastanawiać z trudem przedzierając się przez ulice swego miasta, czy nie byłoby wspaniale, gdyby wzdłuż tychże ulic rosły drzewa pomarańczy. Ale nie doszedł do żadnych wniosków, gdyż dotarł na warsztaty i spotkał tam członków swej ulubionej organizacji. Nie można myśleć o pomarańczach, gdy się rozmawia o wychowaniu… Fakt.
Nie, nie dowiecie się, jak przebiegały Mulinowe warsztaty. Opowieść o jego uczuciach, stresach, zagubieniach, radościach, o jego obecności w obcym mu warsztatowym miejscu zajęłoby miejsce dwóch felietonów. Nie miejsce tu, by opisywać Mulinowe problemy.
Wniosek z warsztatów wypływał jeden - jest źle, będzie jeszcze gorzej. Ciepełko nadejdzie, klimat się zmieni, kopalnie węglowe w Polsce są bez sensu, CO2 coraz więcej i oceany stają się jednym wielkim syfonem z wodą sodową, Żuławy niedługo będą zalane (tu Mulin się zastanowił - po co nasza władza buduje przekop przez Mierzeję Wiślaną, jeżeli niedługo Mierzei nie będzie?). Czekają nas nieprawdopodobne nowości. I Mulin w to, co mu mówiono na warsztatach, uwierzył.
I pomyślał (myślenie jest jednak ulubioną jego czynnością): - A gdyby tak jego cała ulubiona organizacja zajęła się tym problemem? Gdyby promowała ograniczenie jedzenia mięsa, gdyby paliła mniejsze ogniska, gdyby jeździła na jamboree tylko pociągami (czyli zrezygnowała z przelotów do Korei za cztery lata), gdyby dążyła do tego, by w każdej miejscowości montowano panele fotowoltaiczne, gdyby na serio zajęła się sadzeniem lasów itd.,. itd. Gdyby powstał kompleksowy program, którego realizacja obowiązywałaby każdego członka organizacji…
Myślał tak sobie Mulin, myślał. A następnie ciężko westchnął i postanowił wypić kolejną filiżankę dobrej kawy. Bo czymś przecież musiał się pocieszyć.

Zbyszek

Było to dawno, dawno temu. Nad jeziorem Łaśmiady koło Ełku spotkało się dwóch instruktorów harcerskich. Jeden z nich był doświadczonym harcmistrzem z Warszawy, komendantem szczepu z tradycją sięgającą 1912 roku. Pracującym w Wydawnictwie Harcerskim (a właściwie wówczas, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, Młodzieżowej Agencji Wydawniczej). Drugi był młodym komendantem Hufca Garwolin, posiadającym groźnego psa. Uważającym, jak to młodzi, że wszystko mu wolno i że zawsze ma rację. Zaiskrzyło. Mocno. Młody garwolinianin zachował się w stosunku do warszawiaka nie fair. Ba, gdyby tylko w stosunku do warszawiaka, ale całego jego środowiska. Utrudnił zorganizowanie szczepowi obozu letniego. A nie musiał. I na dodatek nie poczęstował na swym obozie zupą (choć zupy miał w nadmiarze) i nie pozwolił nam się umyć w jeziorze (a na terenie jego obozu było jedyne dojście do jeziora).
I nie dziw, że druh komendant warszawskiego szczepu od czasu do czasu pisał tu i ówdzie (a potrafił pisać złośliwie i w latach osiemdziesiątych pracował w harcerskim czasopiśmie) na temat druha z Garwolina. Trwało to lat kilka (a obaj komendanci nadal byli komendantami), aż pewnego dnia do Warszawy dotarł list. A w liście, trochę w sposób zakamuflowany, były zamieszczone przeprosiny. Druh z Garwolina uznał, że postąpił niewłaściwie. I proponował zakończenie sporu.
I od tego dnia zaprzyjaźniliśmy się. Zbyszek był wspaniałym, nieprawdopodobnie zaangażowanym instruktorem. Prowadził swój hufiec, można powiedzieć, wzorowo. (Jesteśmy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku). Rozmawialiśmy ze Zbyszkiem jednym językiem. Raz czy drugi zorganizowałem jakąś imprezę w ośrodku hufca w Wildze, raz czy drugi dyskutowaliśmy o ważnych sprawach organizacji. Czasami o sprawach prywatnych. Ot, jak jednym z wielu znajomych instruktorów.
Niesłychanie zmartwiłem się, gdy dowiedziałem się, że Zbyszek leży w szpitalu przy Szaserów. Długo rozmawialiśmy. O chorobach, o życiu. Obiecałem przyjść na festiwal, który Zbyszek współorganizował latem na Rynku Nowego Miasta. Nie przyszedłem, pojechałem nad morze. Dziś oczywiście tego żałuję.
I żałuję, że Zbyszka, człowieka prawego, zaangażowanego, dobrego harcerza, dobrego człowieka nie ma już wśród nas. Miał przecież tylko 65 lat.

W, czyli wigilie (literki nr 19)

Mój Ulubiony Instruktor obudził się i otworzył jedno oko. Oczywiście z wrodzonego lenistwa. Obrócił się na drugi bok i zaczął myśleć. Myślenie, szczególnie w pozycji siedzącej i leżącej, jest ulubioną czynnością Mulina. Co dziś miłego mnie czeka? No tak, wigilia w gronie instruktorów mojej najlepszej organizacji. - Co? - Mulin usiadł z wrażenia. - Przecież wczoraj byłem na wigilii wśród instruktorów. Czy ta dzisiejsza wigilia jest dziś, a może dzisiejsza wigilia jest jutro? I właściwie co to za wigilia? Gdzie? Z kim? Mózg Mulina zaczął parować z wysiłku. Czy dziś jest środa? Na pewno środa?
Tylko spokojnie… Najpierw napiję się kawy, a później zacznę myśleć. Taka kolejność jest właściwa. Jak pomyślał, tak zrobił. Usiadł w swym ulubionym fotelu (czytelników przeprośmy, że nie zostały opisane Mulinowe ablucje) i zastanowił się. - Czy te wigilie są miłą częścią dnia? Ta wczorajsza. Połowa instruktorów miłych Mulinowej duszy mu nieznana. Życzył wesołych świąt, łamał się opłatkiem z sympatycznymi ludźmi, którzy też nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Połowę zgromadzonych na wigilii znał. I niektórych (oj, te ludzkie przypadłości) obchodził z daleka (a oni obchodzili jego). To obchodzenie było kłopotliwe. Niektórych już widział na poprzedniej wigilii, a niektórych zobaczy na kolejnej. Kłopot, Same kłopoty. Bo na dodatek Mulin, musimy to głośno powiedzieć, nie umiał swobodnie precyzować życzeniowych zdań. Ot, powiedzieć “wszystkiego najlepszego” umiał. I jeszcze “zdrowia, zdrowia…”. Ale gdy starał się sformułować zdanie nieco bardziej zindywidualizowane, głos grzązł mu z gardle. Słowa mu się plątały, czerwienił się i zachowywał, generalnie, nieodpowiednio. Więc ten fragment, taki “opłatkowy”, był dla niego bardzo trudny.
Zaczął więc Mój Ulubiony instruktor rozważać plusy i minusy wigilijnych spotkań. Życzenia - to nie to. Jedzenie - kto by lubił postne pierogi z kapustą? Prezenty? Co to za prezenty? Żenada. jakiś długopis, to ma być prezent? Atmosfera? Dalmy sobie spokój…
Siedział więc Mulin w fotelu i wpadł na pomysł, który go wcale nie zdziwił. - Na dzisiejszą wigilię nie idę! Po prostu nie idę i już. Oni w tym tłumie braku mojej osoby nie zauważą. Będę miał wolny wieczór!
Mulin westchnął głęboko. Życie jest piękne i zapowiada się miły dzień. Sięgnął po filiżankę z kawą.

U jak uśmiech (literki nr 18)

Deszczowy jesienny, chłodny poranek, Mój Ulubiony Instruktor nieco dziwiąc się sobie siedział na kanapie. Dziwił się, bo obok stał fotel, który był pusty. I Mulinowi wcale do zajęcia swego ulubionego miejsca się nie spieszyło. Może dlatego, że w ręku trzymał filiżankę gorącej… czekolady. I uśmiechał się. W ten jesienny poranek przypomniał sobie, gdy zdziwił się (Mulin potrafi się dziwić - tkwią w nim zupełnie ludzkie uczucia), kiedy po raz pierwszy (a było to wiele lat temu) spotkał się z żywymi, prawdziwymi skautami. Mój ulubiony Instruktor później wielokrotnie spotykał żywych prawdziwych skautów, ale tamten moment (a może kilka momentów) zapamiętał do końca życia. Trzymał więc filiżankę czekolady w ręku i zastanawiał się (to jego ulubione zajęcie), czy nie przestać być członkiem swojej ulubionej organizacji i nie zapisać się do organizacji skautowej, wszystko jedno jakiej.
Skąd ta myśl, tak koszmarna, że już gorszej być nie może? Skąd taka myśl o zdradzie ulubionej organizacji z ulubionymi członkami? - Bo, no tak… - mruknął Mulin - bardzo lubię skautów, bo oni się uśmiechają, bo oni są radośni! - I mózg Mulina zaczął formułować jakże znane mu sformułowania: Tam, za granicami naszego europejskiego kraju, skaut jest przyjacielem skauta. A instruktor skautowy skautowego instruktora. Nawet z innej organizacji. Oni są dla siebie mili, nie są złośliwi, pomagają sobie w potrzebie, potrafią rozwiązać najtrudniejsze problemy z uśmiechem na ustach. Mulin spotykał się w tamtych czasach ze skautami często. i widział ich w działaniu. I podziwiał ich. Tak, Mulin znów się uśmiechnął. I nie tylko dlatego, że były to czasy jego młodości.
I przypomniał sobie Mulin członków jego ulubionej organizacji. Pozorną obiektywność. Chęć bezinteresownego dokuczania. Upór w sytuacjach, gdy jest on zbędny. Chęć pokazania, że ma się rację, nieustąpienie choćby o milimetr. Udawane braterstwo…
Dlatego Mulin w chwilach, gdy jego bracia z ulubionej organizacji za bardzo mu dokuczyli, uciekał pamięcią do braci skautów. Bo przecież można być dobrym, można być miłym, można się do drugiego skauta uśmiechać. A w ulubionej organizacji Mulina to takie trudne. Może zatem warto propagować inny styl życia i rewolucyjnie przenieść się z fotela na kanapę. Nie pić kawy, tylko czekoladę i cieszyć się życiem? Jak skauci?

Next Page »