Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

Kler

Wszyscy obejrzeli. A ja nie? Więc nie chciałem być gorszy. I nie byłem. Sala już nie wypełniona po brzegi. Ale nie ma się co dziwić. Pewnie jestem trzymilionowym widzem. Tak być musiało. To tyle, jeżeli chodzi o wprowadzenie.
Tragedia czterech księży (bo jest to trzech panów w średnim wieku plus biskup). Potwornie przerysowana. Ja rozumiem, że film oparty na faktach. Ale taka intensyfikacja owych faktów powoduje, że zaczynamy się zastanawiać, czy to film artystyczny, dzieło sztuki, jakim film być powinien, czy jakiś materiał publicystyczny rodem z TVN24. I ta myśl nie odstępuje mnie od chwili, gdy bohaterowie tak wiele piją i upijają się do nieprzytomności. Zapijanie własnych nieszczęść? Wykonywanie pracy (powołania przecież w filmie nie widać) po alkoholu, pokazywane na ekranie, jest niesmaczne, razi, niezależnie od tego, czy księża czasem w realu tak się zachowują, czy nie. Na ekranie bez przerwy pokazywane są pieniądze. Pojedyncze walory i całe pliki. Jedni z księży są bogaci, bardzo bogaci. Inni biedni. Ale wszyscy są pazerni. Alkohol, pieniądze i miłość. Zawsze grzeszna, zawsze niezgodna z zasadami obowiązujące z kościele, ale także niezgodna z kodeksem karnym. I z naszą, uniwersalną, bo wcale nie tylko katolicką moralnością.
Ten zbitek zła (a nie są to wszystkie obszary niemoralności, jakie są prezentowane są w filmie) powala, a mnie, jak napisałem - razi. To tyle, jeśli chodzi o rozwinięcie.
Czy dobrze, że taki film publicystyczny powstał? Tak, oczywiście tak. Czy dobrze, że został tak rozreklamowany? Także dobrze. Bo zwraca uwagę na nasze polskie problemy. Nie tylko polskich księży. Ale całego naszego społeczeństwa. Gdzie przemoc w stosunku do dzieci jest nadal powszechna, gdzie alkoholizm niszczy ludzi i całe rodziny, gdzie nie każdy pedofil ponosi za swe wyczyny surową karę. Dlatego dobrze, że “Kler” znalazł się na ekranach i jest tak powszechnie oglądany. To było zakończenie.

Znów nad Morzem Śródziemnym

Piszę ten tekst “dla historii”. Niech pozostanie wpis, że znów byliśmy w Turcji, że znów nad Morzem Śródziemnym. Że ponownie było ciepło, ba. Bardzo cieplo i słonecznie. Z Turcją to jest tak, że za stosunkowo nieduże pieniądze otrzymuje się możliwość zamieszkania w dobrych warunkach i otrzymuje się bardzo dobre jedzenie. Może porównań nie mogę zrobić zbyt wiele. Ale jednak gdybyśmy byli kilka czy kilkadziesiąt kilometrów na zachód na jednej z greckich wysp, nie bylibyśmy tak zadowoleni. A w Grecji byliśmy kilkakrotnie. Hiszpania? Portugalia? Wyspy Kanaryjskie? Madera? No nie, za te pieniądze mieszkalibyśmy w trzygwiazdkowych hotelach ze śniadaniem, góra także z drugim posiłkiem. Nasz pokój z bezpośrednim zejściem do basenu, z lodówką codziennie uzupełnianą, z co drugi dzień zmienianą pościelą i codziennie zmienianymi ręcznikami… A plaża w Turcji? Z błękitną flagą? Tam, na zachód od Turcji, trzeba by długo takiej szukać… Ten piaseczek, ta przezroczysta woda. W naszym zapełnionym do ostatniego pokoju hotelu nie trzeba polować na leżaki (ci, którzy jeżdżą nad Morze Śródziemne, wiedzą, w czym rzecz). Nie trzeba stać w kolejce do restauracji, by zjeść kolację. Nie trzeba prosić się o ręczniki plażowe (był taki dzień, że mieliśmy ich osiem). O nic nie trzeba się martwić.
A to, że ciasteczka marne, tylko baklawę da się jeść - trudno. A to, że grupa naszych rodaków tak się zachowuje, że trzeba się wstydzić, iż jest się Polakiem - musimy się z tym pogodzić. Wszak nie będziemy ich wychowywać. Byli paniskami i zachowywali się jak niewychowane paniska. Hotel był ich. Przykre. Ale jedzenie ciasteczek nie było obowiązkowe, a obchodzenie z daleka tych osobników też było możliwe. Ostatniego dnia pobytu, już w czasie wyjazdu, wzięli nas za Niemców. I dobrze.
Czy Turcja jest bezpieczna? W hotelach i miejscowościach turystycznych - tak. Czy jest tam pięknie? Oczywiście. I jest blisko. Dwie i pół godziny lotu. Nie można się zmęczyć. Dlatego pewnie długo przemysł turystyczny innego państwa, będący w zasięgu naszych możliwości finansowych, Turcji nie dorówna.

Lupa czyta Kafkę

No tak, znów postanowiłem pójść na nagłośnione przedstawienie. Takie, o którym się mówi, takie, którego premiera (o czym nie wiedziałem) trwała siedem godzin. A przecież mówiłem sobie: - Nigdy więcej. I co? I nic. Poszedłem pięknego wrześniowego wieczora na “Proces”. Z góry było wiadomo - Lupa będzie czytał Kafkę po swojemu, będą mikroporty (czego nie lubię, bo telepią im się nadajniki w majtkach, co wygląda śmiesznie; niezależnie od tego głos jest zniekształcony), będą niepotrzebnie rozebrani panowie (co jest mi obojętne, ale zazwyczaj mało estetyczne), będą kamery filmowe lub telewizyjne (to paskudna maniera bardzo wielu naszych reżyserów) i jakieś niewyraźne obrazy filmowo-telewizyjne. Ale to wszystko forma, niech sobie będzie. Ważniejsza jest treść. Zawsze zaciekawia, co z tekstu autor przedstawienia wydobędzie jako najważniejsze elementy jego teatru.
Idąc na takie widowisko, jak “Proces” widz ma jakąś własną wizję. Tak jak na “Moralność pani Dulskiej” lub “Hamleta”. Widz zna treść i chce skonfrontować własne pomysły lub doświadczenia z pomysłami reżysera. I tak było ze mną tym razem. Jak rozegra Lupa ostatnią scenę? Gdzie zaprowadzi bohatera i jego dwóch oprawców? Jak wypowie ową ostatnią myśl przed śmiercią o umieraniu jak pies? Jak zaprezentuje kluczową dla opowieści o panu K. przypowieść o strażniku drzwi do prawdy?
Cóż. Jedno wielkie rozczarowanie. Dramat Józefa K. wlecze się długo, za długo. Fakt, skrócony do pięciu i pół godziny. Ale po czterech godzinach sala, nabita na początku do ostatniego miejsca, zaczęła świecić pustkami. Dramat się wlecze… Na dodatek Lupa postanowił nam zaserwować fragmenty osobistych problemów autora. No tak, można połączyć dwóch panów K. w jedną postać. Ot, “Proces” jako tekst autobiograficzny. Ale pytanie - po co? Aby zanudzić widza?
Bo jedno jest pewne - ten “Proces” jest bardzo nudny. A jeżeli jeszcze myśl reżysera tak bardzo odbiega od marzeń widza, to już (dla takiego widza, jak ja) jest to klęska. A więc “Proces” to nie tylko klęska dwóch panów K., ale także klęska takiego widza, jak ja.
PS. Ale dotrwałem do końca. I to był mój prywatny sukces. Malutki, ale jednak.

Miarka czasami się przelewa

Festiwal Szekspirowski. Gdańsk. Kolejna taka impreza organizowana corocznie profesjonalnie przez profesjonalną ekipę doświadczonych specjalistów. (Powtórzenie słowa profesjonalny nie jest tu błędem, zastanawiałem się, czy nie należałoby zamiast “doświadczonych” napisać “profesjonalnych”). Oglądam “Miarkę za miarkę” w reżyserii Jana Klaty. Oglądam? Tak można powiedzieć. Udało mi się kupić ostatnie bilety na trzecim balkonie. Wiem, że są tam zamontowane piekielne metalowe barierki, które zasłaniają część sceny. Ale czego się nie robi, aby obejrzeć przedstawienie czeskiego teatru (bo Klata “Miarkę” wyreżyserował w czeskiej Pradze). Z żalem jednak patrzę w dół na liczne wolne miejsca zajmowane przez osoby z wejściówkami. Tym to dobrze…
Komedii Szekspira nie czytałem. Akcję znam bardzo ogólnie. Gdzieś tam po głowie plącze mi się informacja, że władca Wiednia - Wincencjo przekazał swe uprawnienia arystokracie Antonio, który rządził księstwem. I Antonio nadużywa swej władzy. Tyle wiedziałem przed wejściem do budynku Teatru Szekspirowskiego. I tyle samo wiem po wyjściu z teatru.
Wiem jeszcze, że w Szekspirowskim Wiedniu były liczne dyby, elektryczne krzesło i dmuchana lalka służąca panom do zaspokajania ich potrzeb. O dramacie Szekspira nic nie wiem, bo jakiś nieodpowiedzialny gość nie był w stanie obsługiwać rzutnika z przetłumaczonym na język polski tekstem. To, co widzieliśmy, woła o pomstę do nieba. Te napisy i brak napisów tak utrudniały oglądanie przedstawienia, że wydaje mi się, iż cały spektakl prezentowany w oryginale byłby lepszy od tego “z napisami”. Po prostu skupiłbym się na grze aktorów, na pomysłach inscenizacyjnych, muzyce… Gdy przed tobą latają jakieś literki, po prostu oglądać widowiska się nie da.
Zastanawiałem się po wyjściu z teatru, czy nie zażądać od organizatorów festiwalu zwrotu pieniędzy za bilety. Bo uniemożliwili mi obejrzenie spektaklu. Po prostu uniemożliwili. Jakaś miarka się przebrała - to był skandal.
PS Ponoć na kolejnym przedstawieniu czeskiego teatru ten gość od rzutnika też uniemożliwił polskim widzom zrozumienie spektaklu. Ja tego nie rozumiem.

Druh Adamkiewicz

Odszedł na wieczną wartę kolejny harcerski instruktor - hm. Adam Kiewicz. Czlowiek-harcerska legenda. Instruktor, nazwijmy go - kontrowersyjny. Wymienię dwie jego najważniejsze, moim zdaniem, cechy. Po pierwsze był człowiekiem konsekwentnym i rzeczowym. Po drugie był człowiekiem lewicy. Czy należy coś do tego dodać, by zauważyć, że jego życie nie moglo być usiane różami? I nic w tej ocenie nie zmienią wysokie państwowe odznaczenia i wysoki społeczny prestiż.
Druha Kiewicza poznałem na przełomie lat 1960/61. Ja - uczestnik jednego z kilku kursów drużynowych zuchów. On - komendant Zuchowej Chałupy. Szef naszego kursu - instruktor z Łodzi - opowiadał nam o kadrze szkoły. W pewnym momencie padło zdanie: - Komendantem naszej Chałupy - pięknego pałacu Schafgotschów - jest druh Adamkiewicz. - Bardzo długo zastanawiałem się, jak nasz komendant ma na imię. W Cieplicach miało miejsce ważne wydarzeenie. Złożyłem Zobowiązanie Instruktorskie. Gdy nieco później brałem udział w tej samej Zuchowej Chałupie w kursie podharcmistrzowskim, już takich problemów nie miałem. Ale i wtedy zachowywałem w stosunku do niego ogromny dystans. Miał swoisty autorytet człowieka, który wie wszystko, decyduje o wszystkim i jest prawdziwym szefem.
Druh Adam zawsze moim zdaniem był stary. Nieduży, o ostrych rysach. Zawsze nieslychanie precyzyjny…
Zetknąłem się z nim kilka razy znacznie, znacznie później. Najpierw w nowej, może nawet piękniejszej zuchowej szkole w Oleśnicy, lecz ona nie miała w sobie tego ducha tej starej - cieplickiej. Byłem na jej otwarciu i nigdy jej na serio nie polubiłem.
A później, gdy już w XXI wieku druh Miejsca nawiązał kontakt z moim komendantem hufca (komendantem sprzed lat), wydając roczniki historii harcerstwa. Wiedziałem, że jest historykiem. I jako jeden z nielicznych starał się w miarę obiektywnie pokazać dzieje harcerstwa w Polsce Ludowej. Chwała mu za to, bo do jego monografii sięgać będą przyszłe pokolenia. Roczniki były czystą amatorszczyznę, lecz i do tych materiałów można czasem sięgnąć, znajdując tam wartościowe teksty.
Odszedł mając 95 lat. Piękny wiek. A życie miał bardzo urozmaicone, lecz o tym napiszą na pewno inni.

Next Page »