Tym razem trudny do oceny wieczór zaproponował nam swoim spektaklem Jan Klata. Wokół sami zachwyceni widzowie (ci z wejściówkami stoją lub gdzieś przycupneli z boku) a ja siedzę i niewiele rozumiem, To jest rozumiem, że nie wypada nie rozumieć i bardzo się tego wstydzę. Obok mnie jakichś dwóch osobników śmiejących się prawie bez przerwy a mnie nie do śmiechu. Poszczególne sceny łączą się w jakąś logiczną całość, ale czy rzeczywiście tę sztukę napisał Strindberg?
To przecież to nadzwyczajne i słynne przedstawienie. Dyrektor Klata zaczął nim sezon jako nowy szef Starego. W Krakowie w czasie spektaklu manifestacyjne część publiczności wyszła w teatru. A ja siedzę, zachwycam się setkami czaszek będących elementem scenografii… I niewiele więcej. „Do Damaszku” wcale mnie nie porusza. Ma zachwycić a nie zachwyca. Pewnie mam inną wrażliwość niż nasi liczni recenzenci teatralni. Tekst napisał Strindberg ponad wiek temu. Ma to być ponoć próba opowieści o naszej współczesnej religijności i miejscu religii w życiu dzisiejszego człowieka oraz opowieścią o potrzebie wspólnoty, wiary i bycia w Kościele. Hmm… A ja dalej siedzę i tego nie widzę.
Jak odebrać dramat o wielkim kompozytorze? Czy może rzeczywiście jako wielki sen, w którym uczestniczymy wspólnie – aktorzy na scenie a my na widowni? Wielki kompozytor porzucił własną rodzinę, jego Ewa też zostawia swoją. Czy coś z tego wynika? Śmierć idola i jego zmartwychwstanie? Banalny pomysł. Tutaj wśród owych setek czaszek.
Co zapamiętamy z przedstawienia, nie licząc scenografii? Na pewno dwie wokalistki, które poza własną głową noszą po cztery inne. I śpiewają świetnie. Tu artysta się sprawdza. Na pewno „wypasiony” rower, którym Idol przyjeżdża w pierwszej scenie. Rower, którego można mu pozazdrościć. A dalej? Czy to wystarczy na przedstawienie drugiejw Polsce (po warszawskim Teatrze Narodowym) naszej najważniejszej sceny?
I te tłumy zachwyconych rodaków. Ich zachwyca. Trudno.