No tak, takie przedstawienia są potrzebne. Głupawe farsy, w czasie których co chwila z różnych stron sali wybucha śmiech. Raz pojedynczej osoby, innym razem połowy widowni. Siedzimy w „Och-teatrze” i cieszymy się jak dzieci. Bo to, co oglądamy, jest autentycznie śmieszne. Siedzimy i ja czuję się jak na lekcji. Nie mogę oderwać się od szkoły i powtarzania, czego na temat humoru mówiłem na języku polskim. Próbowałem analizować – czy to humor postaci, czy słowny, czy sytuacyjny. A tu wszystko jasne – każdy rodzaj humoru w „Prapremierze…” pojawia się co chwila.
Akcja utworu jest beznadziejnie prosta, powiedziałbym, że prymitywna. Grupa amatorów wystawia kryminałek. Nic im się nie udaje. Dekoracje rozpadają, drzwi nie otwierają, tekst się aktorom myli, zamiast alkoholu pojawia się w szklaneczkach płyn do zmywania naczyń, który aktorzy wypijają. Czekamy, kiedy zaczną nosem puszczać mydlane bańki. Słowem – kolosalna liczba przedziwnych wypadków. Na dodatek wydarzenia z życia bohaterów dreszczowca plączą się z życiem bohaterów – aktorów. Ot, teatr w teatrze. Tyle że w teatrze nieudaczników.
Śmieszne? Śmieszne. Warto było tę godzinę z hakiem przesiedzieć w teatrze? Otóż warto było. Niezależnie od gry aktorów, którzy tak starali się nas rozśmieszyć (rozumiem, rozumiem, to nie ich wina, lecz reżysera spektaklu), że bywało to smutne. Niezależnie od tej „śmiesznej” scenografii (wszak to zabawa w teatr amatorski i dekoracje musiały być kompromitujące). Warto było, bo kilka razy bez skrępowania się śmiałem. To naprawdę był miły wieczór.
Po wyjściu z teatru miałem tylko dwie refleksje. Po pierwsze – jak miło zobaczyć komedię dla dorosłych, komedię pomyłek, gdzie najważniejsze dla autora nie jest takie skonstruowanie akcji, by pokazać, jak śmieszne jest posiadanie żony i kochanki lub męża i kochanka. Gdy szukają się oni, pojawiają w niespodziewanych miejscach i czasie. Po drugie – wolę dobrze zagraną starutką komedię „Czego nie widać”. Tam też nic się aktorom nie udaje. Ale jak to jest napisane! Z jaką radością oglądamy akcję „z tej” i „z tamtej” strony. I jak słabiutka jawi nam się w tym kontekście „Prapremiera dreszczowca”.
PS Na takim rozrywkowym widowisku w niedzielny wieczór widownia nie była wypełniona. Muszę przyznać, że nieco się zdziwiłem. Bo jeżeli nie bawimy się w teatrze na Ochocie, to gdzie się bawimy? I co nas bawi?