Kiedy ostatnio byłem na koncercie „Wołosatek”? Tak, to było 20 lat temu. Zespół obchodził swe 25-lecie. W kieleckim teatrze im. Żeromskiego spotkały się harcerskie pokolenia – przede wszystkim uczestników „Operacji Bieszczady 40” i uczestników festiwalu w Wołosatem. Było wspaniale. Nie, nie miałem z tym zespołem wielu spotkań. Ze dwa razy przy różnych okazjach w Bieszczadach, kiedyś (tak, tak) w Danii. Przypomnieć sobie dawne, zapoznać się z nowymi wołosatkowymi piosenkami – duża przyjemność. Sporo tych piosenek przecież śpiewamy na co dzień. Słynny harcerski zespół występuje w warszawskiej „Stodole”, dzień po Dniu Myśli Braterskiej – poszedłem.
Nie zawiodłem się. Było jak zawsze. Druh Pomorski w dobrej formie (a prowadzi „Wołosatki” 45 lat!), zespolik akompaniujący bezbłędny, a dziewczyny (i jeden chłopak) śpiewają jak zawsze. Z jednej strony to piękne – kolejne pokolenia śpiewają jak przed laty! Pewnie około dziesięciorga „seniorek” – byłych wokalistek zespołu, które siedziały na sali powiedziałyby to samo. Ale z drugiej strony to takie nudne. Młodzi wokaliści stoją przy swoich mikrofonach rytmicznie się poruszając. Od pierwszej do ostatniej piosenki. Tak ciągle tak samo? Nie rozumiem. Dobrze, że zaproszono na scenę gościa – jego występ rozbił tę monotonię. I jego młodziutka córka – grała na saksofonie!
Pamiętamy. To był zespół harcerski. Przez długie lata ich kalendarz prezentował grupę w harcerskich mundurach sfotografowaną gdzieś w Bieszczadach. Wyobrażacie sobie, że w ciągu półtoragodzinnego koncertu, gdy dziewczyny prowadzą narrację zapowiadając kolejne piosenki, ani razu nie pada słowo „harcerstwo”? Nie było nic o bazie Chorągwi Kieleckiej, o Operacji Bieszczady 40, o mundurach. Było o górach, przyrodzie, wędrówce, było o przyrodzie. I tyle.
Trochę zdziwiłem się, że „Wołosatki” mają w Warszawie tak mało fanów. Może harcerzy wypłoszyła „cywilna” Stodoła? Może nie było zaproszeń w warszawskich hufcach? Na widowni kilkoro, dosłownie kilkoro starszych harcerskich instruktorów. To zadziwiające.
Piszę tak sobie piszę i cały czas zastanawiam się, czy gdyby zespół przyjechał na występ do stolicy poszedłbym na ich występ czy nie. A więc wyobraźcie sobie, że powtórnie znów pójdę. Choć to teraz cywile.
PS 1 Kupiłem płytę z piosenkami „Wołosatek” i ich przyjaciół. Jaka to słabizna. Piosenki nagrywane w studio brzmią nieprawdopodobnie amatorsko. Jednak w sali, gdy publiczność czuje, reaguje na występ, zupełnie inaczej się słucha. A takie śpiewanki ze skromnym zazwyczaj akompaniamentem? Oj, jakie są marne…
PS 2 Przypominają mi się „Filipinki”. Teraz już panie na emeryturze. One też zaczynały jako harcerki w zespole Skoraczewskiego. Tak bywa. Nie zawsze i nie do końca życia (także zespołu wokalnego) trzeba być obowiązkowo w harcerstwie. Ot, trochę to dziwne, trochę smutno. Da się przeżyć.