Piszę Vitek, bo przecież on był Vitem, białym, tak jak jego brat jest Brunem, czyli brązowym. Oczywiście to takie szwedzkie imiona. Byli u nas od maleńkości przez dziesięć lat. Inni, zupełnie inni. Vitek spokojny, przyjacielski, zabawny, mniejszy od swojego brata, ale go dominujący. Brunek ze swoim prawie czarnym, czekoladowym futrem wyglądający na groźnego, kły wystają mu z mordki, ale w rzeczywistości strasznie bojaźliwy. Wystarczy jakiś stuk, a Brunek podskakuje na cztery łapy. Obaj – kocurki orientalne, ale nie takie, jakie można wystawiać, pokazywać, chwalić się nimi. Ot, dwójka domowników, którymi trzeba się zajmować, bo sobie inaczej rady nie dadzą. Podstawowa ich cecha? Strasznie głośno miauczą. Strasznie! Choć Vitek był bardziej milczący – upominać się o swoje potrafi jego brat.
Vit zachorował ponad rok temu. Co to była za choroba? Astma? Jakieś problemy z płucami? Weterynarze niewiele potrafili poradzić, wyleczyć się tego nie dało. Walczył z chorobą dzielnie. Myśmy go wspomagali inhalując go jak małe dziecko, ale niewiele więcej można było zrobić. I Brunek od miesiąca jest sam. Przeżywał odejście Vitka ogromnie. Nerwus dodatkowo zestresowany brakiem towarzysza. Teraz jest spokojniej, choć kot, który do wszystkich podchodził z ogromnym dystansem stał się przylepą, która nie schodzi z kolan. Najchętniej spałby przytulony do człowieka przez całą dobę z przerwami na posiłki. Wykorzystuje swój potężny głos, chce jeść lub gdy domaga się pieszczot, na pewno wtedy słyszą go sąsiedzi w kilku mieszkaniach. Mamy więc jednego dziesięciolatka i pytanie – mieszkać z nim, samotnym kotem, czy może zaprosić mu do domu przyjaciela. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji.
Miało być o rozstaniu z Vitkiem, wyszedł tekst o Brunku. Na zdjęciu też są razem.
